12 sierpnia 2020

s i e r p i e ń
jest połowa sierpnia. załamuję ręce nad czasem, którego – mam wrażenie – nie wykorzystałam w pełni, a to najgorsze, co może być. na szczęście udało mi się odżyć, być w kilku miejscach, nie spotkać nikogo. mam rankę w kąciku ust od zbyt częstego przygryzania warg, od powstrzymywania krzyku pełnego tęsknoty za żarem, za słowem, za dotykiem.
mam rankę w kąciku ust od zbyt częstego przygryzania warg. połowa sierpnia, pada deszcz. zimno przechodzi przez kolejne warstwy ubrań (koszulka z sailor moon, beżowy sweter, bluza z kapturem), drżę więc, kiedy stoję na balkonie z papierosem. biało-złota paczka marlboro goldów setek jest prawie pusta. każdy kolejny papieros to strata kilku minut życia i paradoksalnie zysk kilku minut wypełnionych czułością, bo oto filtr dotyka moich ust; kilka minut wypełnionych ciepłem, które żarzy się złudnie i nieporadnie spala bibułkę. to trochę smutne, ale gdzieś przeoczyłam moment, w którym intensywny, dokuczliwy zapach papierosów przesiąknął moje ubrania i przestał mi przeszkadzać.
było już kiedyś takie lato, kiedy co noc pachniałam papierosami i wanilią; noce były wtedy gorące i głośne, pełne jęków i spięć, które dziś są tylko kolejną blizną.
połowa sierpnia, pada deszcz. stoję na balkonie z marlboro goldem setką, zostały mi jeszcze tylko cztery, które leżą na parapecie. zapach papierosów wsiąka w skórę i włosy. samotność o szóstej rano w tym wielkim mieście przytłacza i ciąży tak samo jak coraz niższe ciśnienie. czuję niemal jak skronią dotykam zimnych płytek, którymi wyłożony jest dwumetrowy balkon na trzecim piętrze tego wysokiego bloku. budynek z setkami okien i tysiącem drzwi, nie można nazwać tego domem – przecież nie zostawiam w nim nawet kota, który mógłby na mnie czekać przez cały dzień, z niecierpliwości drapiąc pazurkami w szybę. o szóstej rano narasta we mnie poczucie klęski – a jednak można być kimś, tak bardzo przy tym pozostając nikim. stan permanentny to już nie czekanie, to egzystencja, bo po neuronach, po czuciu i emocjach pozostały popioły, zamiast serca noszę ze sobą wrośnięty w klatkę piersiową głaz.
samotność o szóstej rano nic nie znaczy, nie jest samotnością, która jakoś różni się od tej o piętnastej czy dwudziestej trzeciej. jest jedynie samotnością po pierwszej kawie kolejnego samotnego dnia, kolejnym rodzajem samotności, który mogę odhaczyć z codziennej listy. samotne poranki, papierosy, obiady, wyjścia, powroty. jedyna pewność to samotność.
samotność jako słowo-klucz, które otwiera wszystkie okna w moim mieszkaniu i każe mi skakać.
(sierpień którego nie było sierpień którego nie będzie; sierpień-cierpień, wersje robocze, niedopieszczone plik z dnia 4.02.2013)

// to nie moje

{0}




wiecej
instagram