13 sierpnia 2014

Siódma trzydziesci rano. Wspomnienie kazdego wrzesnia, zoltej torby XXL z mango, bulki w 155. Nic na to nie poradze, ze kazdy poranek kojarzy mi sie ze szkola. 

Pijac lurowata kawe, jednym okiem zerkajac na telewizor, odkrylam, ze rok temu moj blog zostal nominowany do Liebster Blog Award. Poniewaz nikt NIGDY do niczego mnie nie wybiera (biorac pod uwage fakt, ze mojego bloga czyta tylko mama i Kielon, to nic dziwnego), postanowilam skorzystac z przeterminowanego TAGa i odpowiedziec na tych kilka pytan.

Wyróżnienie Liebster Blog Award jest przekazywane przez nominowanego kolejnym 11 blogerkom lub blogerom jako uznanie za” dobrze wykonaną robotę”. Celowo przyznawane jest „mniejszym” blogom o mniejszej liczbie zaglądających i obserwujących lub takich, które działają od niedawna – tak, by też miały szansę na zaistnienie w blogowej społeczności. Osoba wyróżniona odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę , która blog nominowała do wyróżnienia, a następnie również wyróżnia 11 blogów informując o tym w podziękowaniu za wyróżnienie i jednocześnie zadając swoje 11 pytań do nominowanych.
Nie można nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.


1. Guilty pleasure..?
Orzechy w nieskonczonych ilosciach. I czerwone wino. 

2. Piosenka wszechczasów..?
Co kilka miesiecy mam taka jedna piosenke 'wszechczasów'. Kiedys to bylo Viva Forever Spice Girls, pozniej pewnie Ashley Chambliss A little more of you, albo Lykke Li Possibility (zima 2009/2010). Zawsze cos jest zapetlone. Mimo to, last.fm podpowiada, ze najczesciej w calym swoim zyciu od 2008 sluchalam Ingrid Michaleson. Wiec strzelmy slepakiem w strone The Chain, albo The Hat i bedzie z glowy. 

3. Jezeli randka z gwiazda, to z..?
Ian Somerhalder, albo Natalie Portman 10 lat temu. Ewentualnie Tom Hanks, calkiem platonicznie. 

4. Marzenie do spelnienia..?
Powstrzymac czas od uplywania i moje najblizsze przyjaciolki od popelniania bledow zycia, spakowanie wielkiego pick-upa, albo wohnmobila.. i wyruszyc w podroz dookola swiata. Ewentualnie dokola 
Europy (do dzis nie bylam w wiekszosci stolic; Paryz, Roma, Barcelona, ziemia sie trzesie, jak mozna 25 lat przezyc bez tego calego piekna i dobrej szamy?). 

5. Ulubiona knajpka (?!)
Lublin - niegdys Stacyjka, albo Akwarela. Teraz trudno mi powiedziec.
Monachium - Trachtenvogel, Jasminum, albo Schneller.
Teneryfa - Le Bistro, w San Telmo. Albo La Pirata w El Medano.

6. Film do polecenia..?
Dla mnie zawsze Closer, aczkolwiek ostatnio (dzieki Twitterowi) obejrzalam Take this Waltz i The Perks of Being a Wallflower i oba bardzo mi sie podobaly. Bylam tez w kinie z Kristel na El Abuelo Que Salto Por La Ventana y Se Largó i mimo tego, ze nie rozumialam wszystkich dialogow w 100%, udalo mi sie i zasmiac, i zaplakac. Polecam (produkcja Szwecko-Chorwacka). Generalnie kazdy bez happy-endu to moj ulubiony film. Nie ma ich zbyt wiele, niestety. 

Fajna ta zabawa w TAGi. Lubie pytania. 
Nie nominiuje nikogo, bo nie czytam blogów. 
Ostatnie 5 dni urlopu.
Za duzo wina i DESZCZ! (hasztag: radosc)
Pozdrawiam,
Pani Kachu. 

{1}

16 sierpnia 2014

Koncza mi sie wakacje. Leze w lozku, zrolowana w koldre (human burrito), slucham przedziwnej muzyki na soundcloud (ostatnio lubie przedziwnosc, kazdego rodzaju) i dopijam czorna kawe. Od trzech dni nagle jestem hipsterem, bo znalazlam swoje nieprawdziwe okulary i kupilam Kindle (bardziej przymus, niz marzenie). Wczoraj w nocy bylo 8°C. Upijalam sie z Tiago nietanim winem Porto, wyznajac sobie wzajemnie uczucia i pociagi z 2011. Marzenie. (klik <- ostatnich kilka akapitów)











Ostatnio czuje w swoim ciele cos dziwnego. Jakby mrowienie tuz za mostkiem, drzenie ud i swedzenie czubka glowy. Ostatni raz przezywalam cos podobnego w 2008, ale wtedy przeciez bylam zakochana i wchodzilam w swiat doroslosci, pelna N(!)adziei i planow. Teraz jakby inaczej, ale tak samo. Fakt, czuje sie zakochana, po same uszy. Tylko, ze kochanka brak. Wydaje mi sie, ze jakkolwiek smiesznie czy patetycznie to nie zabrzmi, chyba zakochalam sie w zyciu albo/i samej sobie. 
Jeszcze dobrze nie wrocilam na Teneryfe, a juz szukam work and travel w Australii, albo przereklamowanych Stanach. Zycie jest jedno. 
Dwa i pol tygodnia urlopu uswiadomily mi, ze ilekolwiek czasu by nie uplynelo, tu (i tam) przeciez nic sie nie zmienia. Wracajac, zawsze zastaje wszystko takim samym, jak w dniu wyjazdu. To na swoj sposob fajne. 

{0}

28 sierpnia 2014

Widac, ze szczesliwe notki sie nie sprzedaja. Trzezwe, poranne, kawowe wpisy, pelne motywacji i werwy - nie podobaja sie czytelnikom. Czytelnicy sie z nimi nie utozsamiaja. Ja tez nie lubie czytac o tym, ze komus jest dobrze. Ale wcale nie bylo tak, ze sie przechwalam. Po prostu obudzilam sie ktoregos ranka z bananem na ryju. Rzadko to sie zdarza, wiec chcialam od razu przelac to na papier, czy tez bloga. Dla potomnych. Sa dni, kiedy Kaj jest szczesliwy. Kaju. Kachu. Piekny kaj. Kesza. Kazia. Hmm.

Minal tydzien i trzy dni od mojego powrotu.. a mnie juz (znowu!) skreca z tesknoty i ogolnego emopoczucia. Dziwne, przeciez dopiero co spedzilam trzy, deszczowe tygodnie wsrod bliskich. Zagubiona w tym wszystkich, nie do konca wiedzac czego i kogo chce, co pietnascie minut sprawdzalam whatsupp'a, wysylalam notatki glosowe ludziom z pracy.. a w samolocie szczerzylam sie sama do siebie. Ze wracam. Z domu, do domu. 

Na lotnisku spelnilo sie moje odwieczne marzenie o niespodziance. Kiedy juz siedzialam w samochodzie Ivany, bedac przekonana o tym, ze jedziemy na nasze zadupie, nagle na srodku autostrady zauwazylam znajoma burze lokow i wielki napis WELCOME BACK KAJA!. Porwali mnie na kawe do Piraty, pozniej na zakupy, pozniej na kolacje.. do mieszkania (i kota) dotarlam dopiero po 20. Szybkie rozpakowansko, a pozniej wino z Petya w Horseshoe. I juz czulam sie, jak gdybym nigdy nie wyjezdzala. 

Praca, mini club, moj Kalo, moja Kristel (USCISKALA mnie na powitanie, zbieralam szczeke z ziemi, bo przeciez ona taka zimna i wyjebana, troche jakby Bulka, czyli z byle kim sie nie spoufala, a jak cos jej nie podejdzie, to wali prosto z mostu albo po prostu przewraca oczami i odchodzi), moja Vale i moj Tarzan. Wszystko dobrze, wszystko na plus. Z calym szacunkiem i bez zadnego wyrzutu, ale przywitali mnie cieplej, niz wszyscy Lublinianie, czy Monachijczycy razem wzieci. Kwestia charakteru, motywacji, slonca.

Ale juz zaczynam ogladac urlopowe zdjecia i tesknic. I znowu myslec: CO DALEJ? Gdzie potem?
Czekam na te moje cztery miesiace paro, na wycieczki, na kilka zimowych tygodniu w Domu 1 i Domu 2. A pozniej? Vamos a ver. 





I wszystko byloby spoko, gdyby nie ta inwazja karaluchów. Podobno w sierpniu i wrzesniu sa najaktywniejsze. Wiedzieliscie, ze karaluchy potrafia latac? Ja nie. Az to teraz.

Pozdrawiamy!
Kot bez jajek, karaluchy i ja. 

{2}

31 sierpnia 2014

Ostatnio jak na zlosc wszedzie pelno moralizujacych mnie ludzi (lub kosmitów*). Ze starosc, ze wszyscy moi znajomi biora sluby lub kredyty, a ja skacze po scenie z brzuchem na wierzchu w rytmach Chicas del swing. Nie wiem, czy to juz zawsze tak bedzie, ze wszystkiego bedzie mi malo?

Kot wykastrowany, ja uspokajam sie po urlopie, upaly wreszcie powooooli sie koncza, od tygodnia cwiczymy (znowu!) nowy show (na ktory ja tym razem mam wyjebando, po tym jak Marloes wyciela mnie z Plaza Central). W srode ostatni dzien pracy KALO, co troche mnie przeraza, a troche smuci bo naprawde jest jedna z niewielu osob, z ktorymi tutaj bardzo mocno sie zwiazalam. Zostaja mi tylko Kristel, Dago (ktory ostatnio codziennie robi mi sceny zazdrosci o Kristel. Hasztag: gej) i Tarzan. Z tym ostatnio w srodku nocy pojechalismy na drinka do La Flaca, gdzie ostatni raz bylam w 2010 razem z moja grupa na kursie animatorow z Acttiv klik. Szybko znudzila nam sie cywilizacja i Mai Tai za 5€, wiec wsiedlismy na jego motor i pojechalismy w swiat. 
Zawsze balam sie motorow, szybkiej jazdy i niemozliwosci zapiecia pasów. Ostatnio zdarza mi sie podjezdzac z nim, albo Sara do pracy, ale jeszcze nigdy nie wypuscilismy sie w az tak daleka trase. To byla jedna z tych nocy, ktora pamieta sie do konca zycia. Ramiona rozlozone na osciez, wdychanie gleboko zapachu oceanu, swiatla Los Christianos w oddali i milion kilometrow na godzine :). Brakowalo tylko muzyki. 

Zostawiam Was ze zdjeciami mojej Mongolandii i wyzej wspomnianej nocnej wyprawy.
 Pozdrawiam prosto z mojego lozka (16:17), jest niedziela, a ja mam wolne. Dzien jak codzien.






La Caleta:





PS. Czy ktos z Was ogladal film Lucy? Polecacie? Chcemy z Kristelina wybrac sie dzis do kina i nie mamy pomyslu. 

{0}


wiecej








Tweets by @kadinaja