09 sierpnia 2011

Nie jestem pewna, czy jest jakikolwiek sens pisania o Londynie. Z dwoch powodow. Po pierwsze, to co sie tam teraz dzieje, jakos zaciera moje wspomnienia i wyobrazenia o tym, jak BYLO. Po drugie, 99% moich czytelnikow (czyli jakies 9 osob) widzialo zdjecia na ktorych otagowala mnie Helena - wiec wie, co mniej wiecej robilysmy. Ja o dziwo albumu jeszcze nie stworzylam. Ostatnio przezywamy maly kryzys - Facebook i ja. Chyba sie wypalilismy. 
Po trzecie (gratisowe), bylo tak cudnie, ze nie wiem, czy umiem to w ogole strescic. 
Ha, jest nawet po czwarte - NIE MAM CZASU. 
Intensywny kurs trwa, do tego odwiedziny niespodziewanych gosci, w ilosci (na razie) 1 (ale wzrosnie do 4 albo 5).
Nie wiem, czy sie juz chwalilam, ale 2 tygodnie temu w piatek WRESZCIE ZDALAM TEORIE i na zawsze juz moge wymazac z pamieci glupie, niemieckie pytania dotyczace prowadzenia samochodu. Za dwa tygodnie mam praktyczny, wiec trzymac kciuki!

HA! Wczoraj ilosc wejsc na bloga doszla do 50. Niektorym moze sie to wydac malo imponujace, ale dla mnie jest juz niezle. W ciagu kilku miesiecy z 17 na 50. Brawo, Kaju! To chyba bedzie bodziec do stworzenia Facebook'owej strony! Kazdy bedzie mogl sobie kliknac "Lubie to!" a ja bede mogla pisac updaty i informacje o tym, ze dodalam notke. A jesli nie dodam, to moi liczni fani (50 wurwa!) beda pisac mi na wall'u "No daj wreszcie cos nowego!". 













Krotkie wyjasnienie do zdjec : 
1. Nie, Londyn nie ma dostepu do morza. W niedziele rodzice Tomka wzieli nas w samochod i pojechalismy do Brighton. Nie plywalam, ale wylegiwalam sie na kamienistej plazy jak kameleon. Czy tam inna jaszczurka. Gad. Plaz. Wiecie o co cho.
2. Zdjecie Big Bena przestawia wschod slonca.
3. Ucieszona ja, to ucieszona ja + dwoch genialnych muzykow: Simon Lewis i Richard Lobb. 
4. Ucieszona ja z Helena, to ucieszona ja z Helena + Dan, u ktorego spalysmy przez 3 pierwsze noce.
5. Ucieszona ja zboku, to ucieszona ja i moj przyszly maz - Alex Berger. Jego nowa (i jedyna plyta) SnowGlobe dostepna na iTunes i ZAJEBISTA W CHUJ!
6. Smutna ja, to smutna ja + Helena i Allie Moss. Zdjecie przestawia nas, ktorym robione jest zdjecie przy pomocy iPhone Allie, w celu wyslania go do Bess Rogers. 

I wsio. Rano kurs. I ta fejsowa strona; obiecuje, ze ja zrobie! 

{6}

05 grudnia 2010

Ostatnia czesc trzydniowego tripu. Posililam sie dukanowymi smakolykami i nabralam ochote na CD zwierzen. Allora.

(...)

Szybka wymiana spojrzen z Helena i zegarkiem. Kiwnela do mnie glowa w kierunku Davida (jesli to fizycznie mozliwe). Wzdechnelam. "Sorry, ale.. czy moglbys JEDNAK nas podrzucic do tego metra? - Pewnie, zbierajcie sie!". Usciskalysmy (!) Allie na pozegnanie i poszlysmy za Davidem ("Tylko uprzedzam ze jezdze moim samochodem SAM, wiec jest troche zabalaganiony.."). Kiedy pakowal do bagaznika instrumenty ("Eeeermm.. pomoc Ci? - Haha, slodkie :D") wymienilysmy z Helena ponaglajace szepty KTO GDZIE SIADA. Ona, poniewaz jest szara myszka jak Polina Papierska, dukala cos ze wszystko jedno. No wiec postanowilam walczyc o swoja future mmz i zdecydowanym ruchem otworzylam (sobie) drzwi od pasazera.
Jego samochod byl jeszcze slodszy, niz on. Pomijajac te gitary, wzmacniacze i kable w bagazniku.. Opakowania po czipsach z tylu.. najbardziej podobaly mi sie CD rozrzucone z przodu, z czego jakies 3 pod moimi stopami. Wyobrazalam go sobie jak jechal z tego swojego Eastbourne do Londynu, przerzucajac niecierpliwie kolejne plyty, szukajac nagrania Passerby, zeby pocwiczyc sobie chorki (to tylko moje wyobrazenie, rownie dobrze mogl sluchac Britney Spears albo Kluczy ;))..
Dobrze, ze pisze te notke juz po tygodniu, bo moja zawodna pamiec opuszcza dziesiatki nudnych dla Was detali (ktore, gdybym pamietala, podawalabym jak szalona). Podpieram sie kartkami papieru ktore traktowalam wspomnieniami na kolanie w samolocie.. Ale to nie to samo.
(Podczas wsiadania do samochodu "David, chcesz gume? - Nie.. dzieki. (5min pozniej, w samochodzie) Dziewczyny.. ta guma tak dobrze pachnie. Moge jedna?")
Moj przyszly maz zainstalowal sobie na przedniej szybie GPS, wpisal nazwe stacji (Westbourne) i ruszylismy w droge. ("OMG, to takie dziwne jechac ZLA STRONA ULICY.. po ZLEJ stronie samochodu! -I know.. Ale wiesz, w niektorych czesciach Anglii to dopuszczalne ;)
Po 10 minutach znalezlismy stacje. "Czy chcecie, zebym poczekal i zobaczyl, czy zlapiecie pociag? - Nie, spoko, nie trzeba. Wielkie dzieki i pa!"
Przez nastepne 1,5minuty bylysmy w megaekstazie, jarajac sie tym co wlasnie mialo miejsce. Dopoki nie zeszlysmy na peron, gdzie tez nie bylo zywej duszy. Znaczy sie byla, jedna. Otyla koreanka lamana angielszczyzna mowila nam, ze po ptakach, juz nic nie jezdzi.
Wyszlysmy na powierzchnie. Co tu robic? Zero pojecia GDZIE jestesmy, jak dojsc do domu. A na dworze taka pizdziawa, ze spanie na lawce z bezdomnymi z gory odpada.
Mysle o moim przyszlym mezu, wolam go telepatycznie, "David wroc!"
Widzimy podjezdzajacy autobus, zastanawiamy sie czy w niego wsiasc, w ogole gdzie jedzie. Krzyczymy na siebie, bo nie wiemy co robic, a klotnia jest dobrym zabiciem czasu (mialysmy i tak jeszcze jakies 4h do pierwszego pociagu). Zza winkla wylania sie srebrne cudenko. Cos mi drgnelo w sercu (bratnia dusza wyczuwa bratnie dusze). Przed moim nosem zatrzymuje sie samochod, otwieraja sie drzwi - Podwiezc Was :)?
** Tu nastepuje chwila mojej kleski i zalosci. Otoz Kaja w ekstazie nie nadaje sie do rwania, nie nadaje sie do niczego. Mysle ze moja szansa posiascia Davida wlasnie umarla. Gdyz oto uslyszalam swoj wlasny, pelen radosci glos "Oh my God, THANK YOU SO MUCH! I LOVE YOU! MARRY ME! THANK YOU, OOOH GOD!"
Tak wiem. Dno. **
Ale najwidoczniej w mojej glowie tak wlasnie wita sie Rycerzy na w srebrnych koniach czterech koniach, oferujacych dwom niewiastom ratunek. Chyba kiepska bylaby ze mnie ksiezniczka. Helena lepsza, bo powiedziala po prostu "DZIEKI" i wsiadla.
David wprowadzil do magicznego GPS nasz adres i ruszylismy w droge. A coz to byla za droga.. pelna przygod, anegdot i opowiesci.
"I feel like I should thank you every 2 minutes! - One time in the end will be enough :)"
Zaproponowal nam tour po Londynie, przeciez i tak nigdzie sie nam nie spieszy. Za kazdym rogiem opowiadal ciekawostki typu "Tu jest dobra pizzeria. Tu mieszkal kiedys Szerlok Holms. Na tej ulicy sa najlepsze prostytutki... PODOBNO ;)".
W pewnym momencie rozmowa (jak zawsze) zeszla na temat naszej znajomosci angielskiego i tego czy to w naszych krajach normalne, czy raczej nie. Helena podjela temat, bo angielski studiuje, wiec chciala sie wykazac. David (my sweetheart) nie dal za wygrana i kiedy skonczyla spytal "A jak to jest w POLSCE?"
Tu Kaja (nie dajac po sobie tego poznac, jak wiadomo poker face to moje drugie imie) powiedziala "Ojej, pamietales ze jestem Polka. - Oczywiscie, ze tak :) Znam nawet kilka Polskich miast! - Ile? - Dwa ;D"

"O dziewczyny, patrzcie, KFC. Moze skoczymy cos zjesc? Oo, moze pojdziemy na piwo? Mowilyscie cos, ze chcecie kupic czekolade dla Chlopakow, mozemy sie zatrzymac jesli chcecie!" - najwieksza porazka mojego zycia, bo teraz tak sobie mysle - skoro tyle razy to proponowal, to trzeba bylo powiedziec JACHA! I zobaczyc co sie stanie. A nie tylko haha hihi i nie, co ty, nie trzeba. Gupka ja.

"Za ile macie samolot? -..12godzin. - Oooj, to moze od razu odwioze Was na lotnisko ;P"

(tak wiem. nudy. to dlatego, ze znalazlam kartke ze wspomnieniami i dzieje sie to, co mowilam. podaje SZCZEGOLY :D)

Na koniec Helena puscila wiazanke pt. "Jestesmy Ci takie wzieczne, moze chcesz pieniadze za benzyne, moze kupimy Ci piwo, moze chcesz costam, na pewno NIC od nas nie chcesz?" (w pewnym momencie myslalam ze zaraz zaoferuje mu nasze ciala [nie zebym miala cos przeciwko, btw]). Na co moj przyszly maz odpowiedzial: Mozecie kupic mi dom ;) Albo päczka. Päczek bedzie ok.

I wysiadlysmy.

Wejscie do domu PO CICHU nie bylo zbyt latwe, tak samo jak SPANIE. Ale jakos dalysmy rade. Przezywajac to wszystko co nam sie zdarzylo i myslac o rychlym powrocie (do Davida "Nie moge uwierzyc, ze za 12godzin o tej porze bede w samolocie..").

25 listopada, czwartek

Pobudka o 7.30, okazalo sie ze Helena i ja mamy ustawiona na budzik te sama piosenke. W sumie nic dziwnego, caly ten wyjazd odpowiadalysmy sobie nawzajem na pytania, ktore ta druga miala dopiero w glowie i nawet David nie mogl uwierzyc, ze poznalysmy sie wczoraj. Powiedzial ze zdecydowanie wygladamy jak dwie dobre przyjaciolki, albo siostry. Opowiedzialysmy mu tez po krotce historie naszego poznania (ktorej Wy zapewne nie znacie, ale nie przytocze, zeby nie przedluzac. W jednym zdaniu - poznalysmy sie PRZEZ Allie. I to nie "z powodu" Allie, tylko PRZEZ Allie ;)).
Chlopcow juz nie bylo - strasznie niezreczny motyw. Zrobilam nam kawy i postanowilysmy napisac im dziekczynna kartke. Zdazylysmy nawet skoczyc do sklepu i kupic im troche slodyczy w ramach zadoscuczynienia. "Mieszkalysmy" u nich 2 dni, dali nam klucze, telefon*.. a tak naprawde widzielismy sie tylko raz i to pol godziny.
* "David, are you sure you don't want anything? I mean.. I can give you this Blackberry the Guys gave us :D Seriously, you can have it! :D



Na lotnisku dzierzylysmy obie w raczkach plakaty od Allie (nie obylo sie oczywiscie bez ich zgubienia w moim wykonaniu. Ale na szczescie byl po 15min wciaz w tym samym miejscu). Kupilam tez rekawiczunie, ktorych NIE kupilam na Oxford street dnia poprzedniego (bo zmeczenie, bo snieg i bo 6funtow to zdecydowanie za duzo jak na kawalek welny [lotniskowe kosztowaly 14 :/]).



Powrot do domu byl megameczacy, placzacy, ale tez usmiechniety. Uwielbiam ten moment, kiedy samolot startuje. Zawsze mysle wtedy o swoim zyciu. To dla mnie cos takiego jak umieranie. Flashbacki i wzrusz. Zwlaszcza w tym roku, tych startow i ladowan bylo strasznie duzo. Najintesywniej na Kanaryjskich. Anywho.
Zdazylam na (tym razem nie pietrowy) bus z Memmingen do Mjunichu i cala droga wspominalam, przysypiajac.

Pierwsza rzecza po wejsciu do domu byla kawa i googlowanie Davida. Odkrycie jego nazwiska, odkrycie tego, ze wcale nie jest AZ TAKA SZARA MYSZKA w swiecie muzyki. Odkrycie, ze jest zajebisty. Odkrycie, ze byl supportem Ingrid Michaelson podczas jej USA "Be Okay" Tour. I, co najgorsze - odkrycie, ze nigdy nie bedzie mmz, gdyz jego strona internetowa mowi : David is married. (pewnie, jasne, mogl to napisac po to, zeby zrobic mi na zlosc.. ale jednak cos mi mowi, ze jednak nie). Jakby TO ze mieszka miliard tysiecy mil ode mnie bylo mala przeszkoda. Jakby TO, ze jest muzykiem i utrzymywanie z kim przyjaznych kontaktow bylo mala przeszkoda (chociaz, patrzac po tym, co przezylysmy z Allie wcale nie potrwierdza reguly ze Muzyk Twoim przyjacielem nie moze byc. O ile w ogole taka regula istnieje. Poza tym, byl kim byl dzien wczesniej, kiedy nas odwozil. Taki mily i niebieskooki "A byles kiedys w PL? - Nie.. ale cos mi wewnatrz mowi, ze musze tam pojechac ;)!")
Znalazlam jego konto na twitterze i (nie mogac sie powstrzymac, ofkors) napisalam :
Thanks to @davidford I know everything about Nebraska now.
(zart hermetyczny, nie chce mi sie tlumaczyc. Po 2h dostalam wiadomosc od Heleny "DAVID ODPISAL!"
@kadinaja and i have learned 2 more cities in poland. we are all learning.
Niestety tu nastapilo ponowne pograzenie.. ale juz bylo mi wszystko jedno. Powinnam pewnie byla to zostawic, a nie odpisywac (taaak, kaj. Jakby to mialo JAKIEKOLWIEK znaczenie :D Jakbys miala JAKIEKOLWIEK szanse :D)
@davidford isn't it just great? looks like a beginning of a beautiful friendship to me.
Widzicie? Dno!

Anywho. Podsumowujac London w kilku zdaniach i liczbach.
3dni
42h w Londynie
13h snu
3h z Allie Moss, z czego 1h to koncert, 30min to podziwianie z daleka a jakies 1,5h to rozmowa
3 nowopoznane osoby (minimum). wszystkie bardzo wazne, chociaz kazda w inny sposob.
2 (!) piwa
3 jogurty
5 kaweczek
jakies 200euro wydane, ale bylo warto.
+30 funtow przywiezione do domu ;)
270zdjec
7 prezentow od Allie



Kocham zycie. I obydoswiat.

{0}

02 grudnia 2010

24 listopada, sroda

Mimo budzika ustawionego na 9.30, bylysmy na nogach juz po siodmej. Wlasciwie to zadna z nas nie mogla za bardzo spac. Chlopcy chrapali, a i nam bylo troche dziwnie w jednym lozku, pod jedna pierzyna. Mimo to, kiedy trzasnely za nimi drzwi wyjsciowe o poranku, wyskoczylysmy z wyrka i zaczelysmy przygotowywania do wyprawy. Plan dnia :
1. Tower Bridge i jego przyleglosci. Szybki wybryk z metra, kilka zdjec, Coffe to Go i biegniemy dalej, bo nic ciekawego, tylko kupa turystow i golebie srajace. Nawet fotka krzywa.



2. Postman's Park, czyli wazne miejsce, jesli ktos ogladal
Closer. Zwruszylam sie tym, jakie toto malutkie, dwa drzewka na raz. Ale tablice z filmu istnieja i naprawde jest tam napisane "Alice Eyers". Wzrusz.







3. Lunch na jakims dziwnym placu bez nazwy (to znaczy na pewno Z nazwa, ale nam nieznana). Ja spalaszowalam zakazany jogurt owocowy, a Helena kanape z falafelem i tunczykiem. I to byly nasze ostatnie posilki tegoz dnia. Nalezaloby dodac, ze poprzedniego zjadlam tylko jogurt na sniadanie, a kolacje dwa plasterki szynki i kostke sera. Szal.

4. Trafalgar Square i spacer pod Big Bena. Okazalo sie, ze wlasnie TEGO DNIA, Londynczycy postanowili strajkowac przeciwko.. no wlasnie. Nie do konca wiadomo czego, ale mniemam, ze wojnie. Krzyczeli cos o Afganistanie. I edukacji .. Hee.



Droga byla zamknieta, wiec do kolejnych punktow musialysmy szukac sobie innych sciezek.









Nie wiem czy sprawne oko czytelnika jest w stanie dostrzec wiszace nad Big Benem helikoptery? Mniemalysmy, ze byla to czesc strajku. Ale kto wie, moze zawsze tam wisza :D

4. London Aquarium. Kolejny punkt wyjety z Closer. Nie weszlysmy do srodka, bo tlumnie i nie na nasza studencka (a przynajmniej Heleny studencka. Moja Kajowa, po prostu) kieszen. Ale i widok "sprzed" byl dla mnie wazny. To tam Julia Roberts robila zdjecia Clive Owenowi, a on wreczyl jej balon. Baloniarza jednak zbraklo, wiec obylam sie smakiem.



5. Queens Walk. Helena troche juz rzezila, ja tez, bo slonce chylilo sie ku zachodowi (powoli, ale jednak) a nogi bolesnie wbijaly sie w dupki. Ale nie dalam sie zgasic, chcialam znalezc i znalazlam. Scena z Love Actually. Rozmowa Sama i Daniela. Miejsce nie do konca wygladalo tak, jak powinno, mysle ze podszlifowali je i to ostro komputerowo. Ale cieszylam sie tak czy siak; widoki byly piekne a i po drodze widzialysmy kilka ciekawych rzeczy (np. jarmark swiateczny ;)).




W mojej glowicy to zdjecie wygladalo zupelnie inaczej. Ale, ze Helena moja glowica nie jest, tylko swoja wlasna - wyglada tak.





6. Kolejna stacja na naszej liscie, byl Picadilly Circus. Nie chcialam tam robic nic szczegolnego, poza typowo londynskim zdjeciem, bo "kazdy takie ma". No i prosze.



7. Oxford Street. Zawsze wiedzialam, ze to najdluzszaulicaswiata. Ale nie spodziewalam sie, ze (przypadkiem?) przejdziemy ja od samego poczatku az do samego konca. A dlaczego? Bo obiecalam sobie, ze zajde do PRIMARK'a. "Wiesz, Helena, moje wszystkie kolezanki z Polski mowia ze to taki super sklep. Moze TAM uda mi sie kupic rekawiczki?"..
Nasza Primark'owa przygoda trwala 1godzine i 35minut. Z czego 1,5h to szukanie go. A pobyt w srodku to 5minut. NIGDY WIECEJ.

Pozniej dobilysmy sie totalnie i mialo miejsce kilka niemych zgrzytow. Trzeba bylo kupic zel dla Allie Moss, kartke z podziekowaniami dla Chlopakow ("i moze czekoladeee?"). Nogi odmawialy nam posluszenstwa, tlum wytracal z rownowagi. Ale sie udalo. Badedas bath geelee kupiony. Thank you Card tambien. No to sru - trzy godziny przed czasem, probujemy dostac sie do Notting Hill, gdzie tez mial miejsce koncert Allie.

Helena uparcie trzymala w reku mapke, plan, polaczenia metra.. I za nic w swiecie nie chciala mnie sluchac. Nie chciala tez sluchac ludzi, ktorych pytalysmy na ulicy "jak dojsc do?". NIE, po prostu nie. Skutkiem tego bylo podwojne pomylenie metra, pozniej autobusu.. Az potem nagle, jadac kolejnym (i zachwycajac sie widokami Notting Hill noca z wyzszego pietra), Helena krzyknela "COBDEN! TO TU! WYSIADAAAAAAJ!!!!!" i zerwala sie z miejsca.

Plusem jest to, ze miala racje. Minusem to, ze nie mialysmy pojecia gdzie tak naprawde jestesmy (bo od momentu wyjscia ze stacji metra zmienialysmy kierunek i srodek komunikacji kilkakrotnie..) i to, ze wciaz jeszcze bylo przed czasem. Uparlam sie, ze chce pojsc GDZIES na kawe i napisac pocztowki (A wlasnie. Doszly?). Udalo sie.

Raz, dwa, trzy i juz byla 20:00. Koncert zaczynal sie co prawda o 21:00, ale wolalysmy obie juz tam byc. Poniewaz Helena rozmawiala z bileciarzami we wtorek, teraz przypadla moja kolej na powiedzenie "Helou, jestesmy na liscie gosci, nazywamy sie xyz". Mila pani Bilecistka spytala jeszcze "czyjej liscie?", na co zgodnym chorem odpowiedzialysmy "Allie Moss :)!"
Pani narysowala nam na dloniach gwiazdki ("Przykro mi, nie mam pieczatek!") i wpuscila do srodka ("Na parterze jest teraz inny, prywatny koncert. Na pierwszym pietrze mozecie zamowic drinka, albo cos do jedzenia i poczekac. Koncert Allie zaczyna sie o 21, zostanie to ogloszone wiec bedziecie wiedzialy kiedy isc.")

Na pierwszym pietrze oczom naszym ukazal sie bar, wielkie akwarium, pufy, stoly, swieczki i mnostwo artystow-bufonow, pijacych drogie wino i rozmawiajacych o sztuce. Katem oka w rogu zauwazylam Allie, wpieprzajaca obiad z dwoch talerzy, i faceta, ktory wlasnie wstawal. Kiedy wspomnialam o tym Helenia, zlapala mnie za reke, stwierdzila, ze "musimy tam isc". Wlasciwie to bylo dosc dziwne w Helenie, zawsze to ona inicjowala Allie'owy kontakt, ale kiedy juz bylysmy blisko i trzeba bylo sie odezwac, wszystko spadalo na mnie. I chociaz to ja ciagle dawalam Heli znaki i pytalam oczami czy nie powinnysmy odejsc, bo przeszkadzamy (ona twierdzila, ze NIE!), to jednak to ja musialam wiecej z Allie rozmawiac.

Nie zdazylysmy jeszcze dobrze powiedziec "Czesc Allie, to znowu my, szalone fanki z Niemiec i Polski", kiedy wstala, usciskala nas i z usmiechem powiedziala "siadajcie!". I tu na przyklad widac niepewnosc Heli. Stanela, wytrzeszczyla oczy i spytala NAPRAWDE?! (inna sytuacja - Allie opowiada ze nie moze sie doczekac spotkania z kimstam z USA i ze sie denerwuje, bo to jej idol. Helena "TY nie mozesz sie doczekac spotkania z kims? TY jestes zdenerwowana?!"). No nic, anyway.
Siadlysmy, a Allie bez zadnej krepacji pytala nas co robilysmy, jak sie czujemy, czy jadlysmy bo moze jestesmy glodne (a sama wciaz jadla swoje krewetki, nachos, frytki z sosem xyz)

W chwile pozniej, do sali wszedl jakis chlopak w kapeluszu i skierowal sie do naszego stolika. Allie powiedziala, ze to jej kolega David. Nas przedstawila jako znajome. ZNAJOME. (I mean. Tlumaczcie sobie "friends" jak chcecie). Znajome z Niemiec (tu Kaj wtracila oczywiscie ze w sumie to jest z Polski, ale to bez znaczenia [ale dla Was ma**]). Znow temat tego, co robilysmy w Londynie, na ile przyjechalysmy etc. Opowiedzialam o naszym Movie Tour i miejscach, ktore zwiedzilysmy. David ani Allie nie ogladali Closer, za to poliecili mi "Braci" (Allie) i "Incepcje" (David). Ten pierwszy film juz obejrzalam i mam straszna ochote napisac do Allie jak do starej psiapsioly ("czesc, juz widzialam, co myslisz o zakonczeniu? blablabla"), ale resztkami sil i honoru sie powstrzymuje.
Za kilka minut Allie skonczyla jesc, powiedziala "do zobaczenia na gorze" i poszli z Davidem sie rozgrzewac/rozstawiac/whatever.
Na Davida nie zwrocilam szczegolnej uwagi, poza tym ze pomyslalam "mrrrr!". Ale bylam zbyt podekscytowana wszystkim innym, wiec olalam goscia. Rozsiadlam sie w miejscu, gdzie siedziala Allie i zamowilysmy z Helena po drinku.








Helcia pila Bellini (brzoswiniowawy szampan, o ile dobrze pamietam), a ja Caipirinhe.


(zeby nie bylo cozaduzotoniezdrowo, reszta jutro)

{3}

01 grudnia 2010

Okej. Pomiedzy pisaniem na Skype do Heleny (zdepresjonowanej postLondynowo i preUrodzinowo) a na gadu gadu do Pawla Barana (WTF, I know. Ale nie umiem mu powiedziec wal sie na ryj, rozstal sie z dziewczyna, to go pocieszam. Zupelnie jak w gimnazjum), sprobuje opisac Wam o Londynie. Dzieki Bogu (albo Helci, bo dala mi papier), spisalam w samolocie na kolanie 10 stron. Coby lepiej pamietac.

23 listopada, wtorek.

Po stronie niemieckiej snieg, zima, mroz. Zaczelo sypac akurat kiedy rozsiadlam sie wygodnie w busie do Memmingen (nawiasem mowiac, bus wpasowal sie kapitalnie w konwencje Londynu - byl pietrowy. I tak oto, pierwszy raz jechalam takowym W NIEMCZECH, nie Anglii. Joder. Ale chociaz DO Anglii, moze sie liczy?)
Spedzilam na lotnisku chyba z 3 godziny. A pozniej, kiedy juz siedzialam w samolocie, zatrzymali go w polowie pasu (a juz sie szykowal do odlotu), podjechali jakas dziwaczna maszyna, wygladajaca jak dzwig i zaczeli myc skrzydla.
Helena ladowala w Londynie o 14:30, czyli jakies 1,5h przede mna. Plus moje opoznienie, bo pilotowi zachcialo sie czystej maszyny. Nigdy wczesniej jej nie spotkalam, wiec nie wiedzialam czego mam sie spodziewac; ona podobnie. Dziwie sie, ze nie oszalala. Ja bym. Chyba.

Pojednawcza okazala sie droga DO Londynu, jakies 40 min w pociagu, same my i nikogo wiecej w przedziale. Posmialysmy sie z tego i owego, zaplanowalysmy wieczor i, z mapa w (jej) dloni podazylysmy szukac odpowiedniego metra.

Strasznie sie denerwowalam spotkaniem z chlopakami. Mialysmy z spac u Piotrka i Slawka. Poznalam ich dwa lata temu na Fuerteventurze podczas wakacji z mama. Wiecie jak to jest, grupa Polakow sie spotyka, kazdy ma All Inclusive, duzo sie pije, obiecuje, "brzybrzybrzy, to jak sie kiedys wybierzecie do Londynu, to dajcie znac, dziewczyny! / No no %%% a Wy, chlopaki, wpadajcie do Monachium!". Nigdy bym sie nie spodziewala, ze mowili na powaznie. I ze po dwoch latach jeszcze beda mnie pamietac.

Pamietali. I ja tez. Poznalam Piotrka od razu, kiedy wyszedl po nas na przystanek. Wprowadzil do SLICZNEGO(!) mieszkanka (kolejne zdziwko - dwoch facetow i taki porzadek!) i przygotowal kolacje. Za chwile wpadl tez Slawek. Do Slawka, z tego co pamietalam, mialam slabosc juz na tej Fuerteventurze. Nie, zeby byl jakims szczegolnym ciastkiem. Raczej taki jeden, wielki misio, ktory potyka sie o wlasne nogi.


Chlopcy mieli jeszcze przyczepione na scianie zdjecia z tamtych kanaryjskich wakacji. Nawet ja i mama sie zalapalysmy.


Ja i Helena spalysmy na dolnym lozku. Nad nami Slawek. W miejscu z ktorego robilam zdj. stalo loze Piotrka. Troche to bylo dziwne i stresujace, spac we 4 w tym samym pokoju, ale jednak nie AZ TAK dziwne, jak myslalam, ze bedzie.
"Kaja: No i wiesz.. troche mnie to przeraza, ze bede musiala spac z Helena. W sensie wiesz, poznam ja i zaraz kilka godzin pozniej bede musiala isc z nia do lozka!
Artur: Eeeee tam. Normalka!"

Niestety, to byl pierwszy (i ostatni) raz, kiedy widzialysmy chlopakow. Przylecialysmy do Londynu tylko na 3 dni, wiec nie bylo czasu na siedzenie w domu. Mialysmy godzine do pierwszego koncertu Allie, w Borderline, na szczescie niedaleko chlopakow. Pozegnalysmy sie, obiecujac ze postaramy sie niepozno i nieglosno wracac. Piotrek dal nam KLUCZE DO DOMU i ich BlackBerry, z ang. karta SIM w srodku, zebysmy nie musialy wydawac kasy na telefon. I tyle nas widzieli.

Niestety, dotarcie do Borderline bylo troche nielatwe. Helena, mimo tego ze okazala sie naprawde fajna osoba, strasznie szybko sie niecierpliwila. Memlala w rece te swoja wymeczona mapke Londynu i ciagle sie jej przygladala. A czasem wystarczylo tylko sie rozejrzec, albo zapytac przechodnia. ALBO POSLUCHAC MNIE, bo przeciez jak mowie ze WIEM ze juz tedy szlysmy, to WIEM.

Koncert zaczynal sie o 20:00. Wpadlysmy do Borderline zdyszane ok. 20:25. Allie konczyla wlasnie spiewac Corner, a zaczynala Dig with me. Rozsiadlysmy sie na ziemi, gorszac iloscia ludzi (bylo prawie pusto) i czekalysmy na to, co bedzie dalej. Niestety uslyszalysmy tylko "Dziekuje wszystkim za przybycie, nazywam sie Allie Moss i bylo mi bardzo milo dla Was grac!".



Na wwurwie, poszlysmy do baru zamowic (dla mnie pierwszego w zyciu) pierwszego PRAWDZIWEGO Guinessa. Allie po prostu dreptala sobie kolo nas, az w koncu zaszla do "stoiska", gdzie sprzedawala swoje t-shirty, plakaty, naklejki, plyty, kostki do gitary.. i rozdawala ciastka ;) Zlecial sie maly tlumek, a my saczylysmy piwo, zastanawiajac sie, czy podchodzic czy nie.

Podeszlysmy. I byla to jedna z lepszych decyzji tego wyjazdu. Twarz Allie rozpromienila sie na dzwiek naszych imion (w koncu pisalysmy sobie z nia wiadomosci przez kilka ost. tygodni. No i prosila o nasze dane, bo wpisala nas na liste gosci koncertu, ktory odbywal sie nastepnego dnia). Ucielysmy sobie z nia MALA pogawedke. Jakies 45minut. Kupilysmy grzecznie po T-shircie i rozmawialysmy o wszystkim. Wlasciwie to Allie mowila, dosc duzo. O Ingrid, o jej mamie, o swoim blogu, o konikach morskich, o kanapkach, o swojej muzyce, o Bess Rogers, o tym gdzie w Londynie sie zatrzymuje, o ludziach coverujacych jej piosenki (smiesznie bylo mowic jej o tym, ze umiem grac Passerby i omawiach chwyty). Pozniej zaczela po prostu DAWAC nam rzeczy. Dala nam po plakacie, po dwie naklejki, po dwie kostki do gry (jaram sie!). A poznie wyszla zza tego swojego stoiska z rzeczami, stanela kolo nas i po prostu sluchalysmy zespolu, ktory zaczynal grac. Odzywala sie do nas w przerwach i komentowalysmy ich brytyjski akcent. Niesamowite.

Pozniej pozegnalysmy sie, powiedzialysmy "Do zobaczenia jutro" i poszlysmy do domu.


Koszulka Allie. Z konikiem morskim i logo "Allie Moss", ktorego nikt nie widzi.




Allie rozmawia z fanami, a Helena (stalker!) robi jej zdjecia z ukrycia! Daaamn!



Prezenty od Allie + jej CD, ktora DALA NAM nastepnego dnia.

Podczas drogi jaralaysmy sie tym wszystkim co sie stalo i planowalysmy nastepny (razem z pobudka o 8 rano) dzien. Niestety, mimo wielkich checi i prob nie udalo nam sie NIE obudzic chlopakow podczas wchodzenia na paluszkach do mieszkania. Bylo po polnocy, ale i tak juz spali. Kiedy Helena poszla sie myc, Slawek wychylil sie ze swojego lozka nade mna i poszeptalismy sobie z 20 min. Taka szybka wymiana zdan po tych 2 latach. To, co najbardziej zapadlo mi w pamiec to takie zdziwione "Zmienilas sie! Doroslas, czy co?". Fajny jest Slawek. Taki cieply klusek. Moglby byc moim menszem.

Helena wrocila z lazienki, powiedzialysmy sobie "Gute Nacht" (jedyne niemieckie slowa wymienione w ciagu tego dnia) i poszlysmy spac.

(cz. 2 i 2x dluzsza [i CIEKAWSZA] jutro)

Gute Nacht ;)

{3}


wiecej








Tweets by @kadinaja