03 czerwca 2011


Zrobilam to wczoraj dwa razy. Najpierw, kiedy po monachijskich Juwenaliach zawitalismy do naszego ulubionego baru w centrum miasta, a ja spojrzalam na zegarek i zorientowalam sie, ze nie mam nawet czasu zamowic piwa, bo ostatni Sbahn odjezdza za 20minut. Wszyscy w srodku dobrze sie bawili i mieli na komunikacje miejska WYJEBANE (bo tylko ja mieszkam w dupie swiata i tylko JA, jesli przegapie ostatni transport, to pozostaje mi tylko pic i czekac az do pierwszego, ktory pojawia sie okolo 5 rano). Simon tez tam byl i dobrze sie bawil. Nie chcialam byc gorsza. Wyciagnelam z kieszeni 20 eurocentow i rzucilam. Los zdecydowal : ZOSTAJE.
Decyzja byla bardzo prawidlowa, gdyz oto mam za soba kolejna, szalona, pijacka noc, ktora zakonczylaby sie romantycznym pocalunkiem na pozegnanie, gdyby nie to, ze po piatym piwe (6 rano) zrobilo mi sie TROCHE MDLO i musialam uciekac do domu czympredzej (nic straconego jednak, gdyz BRAK pocalunku na POZEGNANIE poprzedzony byl mnostwem pocalunkow O TAK O. I trzymaniem sie za raczki (nowy level). I komplementami (niewybrednymi, bardzo) miliard. I patrzeniem sobie w oczy, i wyglupami, i w ogole tym wszystkim, co zakochane pary robia. 

Drugi podrzut monety mial przesadzic o sprawie juz przesadzonej (poniekad). Mianowicie o moim niewyjezdzie na Teneryfe (badz inna goraca, hiszpanska wyspe) w celach zarobkowych (i, nie oklamujmy sie - rozrywkowych). Otoz, moi milusinscy, od kiedy w ostatniej notce obwiescilam Wam (a pozniej tego samego dnia, moim znajomym i pracodawcom) iz NIE wracam - cos we mnie.. hmmm. Peklo? Zgaslo? Nie moglam sie zdecydowac juz od dawna, niby chcialam, niby nie. Zrobilam wiec liste za i przeciw, no i zdecydowanie ta pierwsza grupa wygrala. Tylko ze od kiedy sobie to uswiadomilam, jak na zlosc wszedzie zaczely wyskakiwac na mnie zeszloroczne zdjecia, piosenki, turysci, pytania, wiadomosci. Punkt kulminacyjny nastapil we wtorek, kiedy to caly dzien lalo, Klocek nie chcial do mnie na rece, ciagle plakal i chcial do mamy.. Po pracy wpadlam wiec do Mrs Sporty w celu wyladowania sie na sportowych sprzetach i wypoceniu zlosci, ale niestety zamiast to uczynic, siadlam na krzesle i sie teatralnie rozbeczalam. 
To dalo mi troche do myslenia. Przeanalizowalam liste ZA i PRZECIW raz jeszcze. Kilka punktow dalo sie ominac, kilka wciaz siedzi mi w glowie i nie chce sie dac za tak zwanego chuja zbagatelizowac. Jednym z nich jest wlasnie w/w Klocek, innym w/w Simon. Po stronie "Jechac" napisalam tylko jeden wyraz : WSZYSTKO. Wszystko to, co kocham. 

Moneta upadla reszka do gory, a ja dzis wyslalam CV. 


{3}

07 czerwca 2011

Notka sentymentalna. 

Tak sobie siedze i mysle, winnie i czerwcowo. Dzisiaj trzy lata temu mialam dziewietnascie lat, zdana mature i opalone plecy. Pilam kolorwe driny, sprowadzane z Ukrainy. Codziennie przez 9 dni ogladalam zachody slonca. Calowalam sie w bagazniku. I przy grillu. Chodzilam przynajmniej 3km dziennie (z Paullem). Jezdzilam samochodem (pierwszy raz w zyciu). Wydawalo mi sie, ze jestem dorosla, szczesliwa (chyba bylam) i zakochana (chyba nie bylam). 
Zupelnie inna osoba. Jeszcze wieksze EMO, niz teraz. Ale mimo wszystko, lubilam tamta siebie. Taka szalona troche. Naiwna w wuj, bym powiedziala. Ale fajna. 

Rozmawialam ostatnio z Simonem (kolejna przeszlosc, wiec po przeczytaniu jego imienia, prosze wszystkich o 35 sekund CISZY, w ramach uczczenia moich 35% zlamanego serca [DWA TYGODNIE, WURWA!]) o piosenkach, ktore kojarza sie nam (smutno) z roznymi osobami, wydarzeniami. Doszlismy do wniosku, ze jedynym DOBRYM sposobem, jest po prostu dalej ich sluchac, ale w innych, zwyczajnych codziennosciach. I to dziala. 
Po trzech latach wlaczylam playliste "morze 2008" i ze zdumieniem stwierdzam, ze 99% piosenek calkowicie jest mi obojetna. Mam je na iPodzie, biegam z nimi, spiewam je, gram je na ukulele. Tylko jednej nie umiem przetrawic. 
Lamb - Gabriel. Totalnie mnie zabija. Nie umiem przejsc nawet przez pierwsze 10sekund. 
Oh well, jak na 20 piosenkowa playliste - i tak jest dobrze. 












{2}

11 czerwca 2011

Dzisiaj opowiem Wam historie z cyklu : Zycie, zycie jest nowela jest niesamowite.

5 (?) lat temu, mniej wiecej w pierwszej klasie LO, podczas jednego ze swoich dolkow, znalazlam strone internetowa dla ludzi z depresja/problemami. Strona byla anglojezyczna, poniewaz a) wydawalo mi sie, ze jesli zaczne sie wypisywac na jakims polskim forum, ktos bedzie mogl mnie znalezc i b) chcialam podszkolic jezyk, nawiazac kontakty z ludzmi ze Stanow (..)
Na stronie kazdy mogl dodac cos o sobie, np zdjecia, znak zodiaku, miejsce zamieszkania, ale nie bylo zadnych pól wymaganych. To, czym kazdy sie tam zajmowal to blogowanie, pisanie historii o tym, co go boli. O dziwo jakos szybko zaczelo sie to rozrastac i po kilku tygodniach mialam juz grupke znajomych, z ktorymi wzajemnie uzalalismy sie nad soba. 
Jedna z tych osob, byla dziewczyna z Florydy, w moim wieku, z podobnymi problemami, podobnymi spostrzezeniami. Uzaleznilam sie jej wiadomosci, bylysmy w ciaglym kontakcie i nawet w szkole wyobrazalam sobie co jej napisze, jak tylko wroce do domu. 
Moja kolezanka miala na imie Hannah i byla zydowka. Tyle o niej wiedzialam. To, i ze BYC MOZE za kilka miesiecy miala przyjechac do Europy na jakis Marsz Zycia (coroczny event dla zydow, ktorzy zjezdzaja sie z calego swiata, ogladaja miejsca po wojnie i zwiedzaja). 
Pewnego dnia, Hannah znikla ze strony. Nie mialam jej emaila, Facebook nie istnial (NIEWYOBRAZAMSOBIESWIATABEZFACEBOOKA!), kontakt kaput. Brakowalo mi jej, ale co zrobic. Przestalam wchodzic na strone, przyszly wakacje. 
Jakis czas pozniej dostalam @ z powiadomieniem, ze ktostam zaprasza mnie do znajomych. Okazalo sie, ze Hannah wrocila na strone. Z nowym loginem, nowymi historiami i.. zdjeciami. Z POLSKI. Malo tego. Ze zdjeciami z Lublina. 

Nie dosc, ze zobaczylam jej twarz, to jeszcze zobaczylam jej TWARZ na tle mojego miasta. Bylo to strasznie slabe, ze akurat wtedy urwal nam sie kontakt, bo przeciez moglysmy byly sie spotkac! (chociaz prawdopodobnie, jedyne co bylabym w stanie jej powiedziec to "Haj, maj nejm iz Kaja end ajm sikstin jerz old!").

Minelo kilka lat, nasza depresyjna strona umarla, za to narodzil sie Facebook. Z Hannah mamy mniejszy kontakt, czasem polubimy swoje zdjecia. Jakis czas temu napisala mi, ze znowu bedzie w Europie, z jakas grupa znajomych wybiera sie do Czech (WTF) i ze moze podjechac do Polski, to sie spotkamy. Niby byla wstepna umowa, ze maj, ze Krakow, ze wspolne piwo. Ale kto mnie zna, ten WIE, ze ze mna umawiac sie nie da. Bo tylko piergole, piergole, a jak przychodzi co do czego to dupa zbita. I dlatego wlasnie Hannah postanowila wziac sprawe w swoje rece. Pewnego slonecznego dnia (wlasciwie wieczoru) PRZYJECHALA do München. Spotkalysmy sie na piwo. 
Po raz kolejny przypomnialam sobie jakie to niesamowite uczucie zobaczyc w trojwymiarze kogos, kogo dotychczas znalo sie tylko ze zdjec i emaili

Spedzilysmy ze soba superszalony i pijacki weekend, po ktorym jak na razie zostaly mi tylko wspomnienia i jej nowe zdjecie profilowe. Wciaz czekam, az wrzuci na FB reszte fotek, ktore tu zrobila (miliard). 

Wniosku z tej historii chyba zadnego glebokiego nie ma. Oprocz tego, ze sciezki zyciowe czasem mnie jednoczesnie smiesza i przerazaja. SZESC LAT TEMU napisalam wiadomosc do przypadkowej dziewczyny na przypadkowej stronie internetowej. W zeszly weekend pilam z nia niemiecie piwo i tanie drinki Mai Tai. 

Kocham Cie zycie. Nad zycie. 


Update 23.06.2011
(..) reszta fotek, ktore tu zrobila (miliard)




Na tym zdjeciu nie ma Hannah, ale to swietna historia, wiec musze ja opowiedziec. 
Pijana Heather (Hezzah; obecnie moja zona na facebooku ^^), podchodzila do ludzi w Ubahnie i zagadywala swoim super niemieckim z mega stron amerykanskim akcentem. Halo, ich bin ein Au Pair! Aus Amerika! Wie geht es Dir?, bedac przy tym jak najbardziej powazna (my smialysmy sie tak, ze chyba nad ziemia bylo nas slychac. I teraz po pierwsze, kocham Niemcow za to, ze nikt nie zwrocil nam uwagi, tylko (autentycznie) caly wagon smial sie razem z nami. Jakby to byl some kind of reality show. A po drugie dlatego, ze ostatnia z osob, do ktorych Hezzah zagadala (ten akurat chlopaczyna ze zdjecia powiedzial tylko "Eee, sorry ale mam dziewczyne" i wszyscy sie z niego smiali), byl MEGA SUPER CIACHO PRZYSTOJNY NIEMIEC, Thomas bodajze. Ktory nie dosc ze wdal sie z Heather w rozmowe, to jeszcze poszedl z nami na piwo. Ach, przystojni Niemcy. Me likes you!

{6}

13 czerwca 2011

Wczoraj rok temu o tej porze, zmienilo sie moje zycie. Spakowalam sie w dwie walizki i wyruszylam w pierwsza, samotna, tak daleka wyprawe.  Bylam pewna, ze nikt oprocz mnie o tym nie pamieta, wiec jakze wielkie bylo moje zdziwienie, kiedy po porannym ogarnieciu fejsa, znalazlam post Leticii. Ze hi guys, do you remember, a year ago today it all has started, blablabla. I posypaly sie nasze komentarze. Ze nigdy tego nie zapomnimy, ze to bylo cos wspanialego, co u innych slychac. 
Nie wierze, ze to juz rok!
Acttiv sie nie odzywa. Szukam alternatywnej pracy TU. Kolo mojego jeziora (10min od domu) otworzyli nowy BierGarten. Szukaja cycatych kelnerek. Chyba pojde sie zglosic.





To tak w ramach wspominek. Terazniejszosc jest o wiele nudniejsza. Jutro ide do lekarza (7 rano wurwa!) od grubosci, powiedziec mu HALLO, Herr Doktorze, ale jestem w chuj tlusta, powiedz mi dlaczego? I zobaczymy co powie. Jak nie pomoze i dalej bede tlusta, to sie zabije. I jego tez. 

Plus, dodatkowo jeszcze maly highlight mojego dnia (zycia?). Jak wiadomo, miesiac temu, Helena moja internetowa kolezanka, wybrala sie do Londynu  na kontynuacje "Alliedays" (patrzec na notki z tamtejze kategorii, po prawej). Wysylala mi duzo dolujacych smsow, zabawiala sie z Allie Moss i jechala sobie z nia pociagiem. Allie Moss pokazywala jej swoje filmiki z iPhone'a, na ktorych wyglupia sie z Ingrid Michaelson i takie tam. WIELKIE RZECZY. 
Wczoraj dostalam od Heleny SMS, cos w rodzaju "Mam dla Ciebie niespodzianke, wbijaj na Fejsa!". Poniewaz wczoraj nie moglam, wbilam dopiero dzisiaj. I oto, co zastalam. 


Filmik, wrzucony przez Allie. Na jej youtube'owy kanal. Z podpisem FOR KAJA. Urodzinowa piosenka. Ot tak, sobie siedziala z Helena w pociagu i spiewala. Dla mnie. 

No big deal. 

{5}

16 czerwca 2011

W wuj sie dzieje. 
To ostatni tydzien Sary, Heather, Catherine. Dwie pierwsze wyjezdzaja juz w poniedzialek, trzecia w sobote rano. We wtorek Tiago - leci na dwa tygodnie do Californi. 
Dla mnie oznacza to smutek i depresje miliard, ciagle pozegnalne imprezy, obiady, sniadania, spotkania, spacery.. Najgorsze jest to, ze jutro (kolejne) wyjscie do knajpy, a ja w piatek rano mam badania. Lekarz zabronil mi jesc dzien wczesniej od 20. Czyli Kaja w barze o wodzie. Nie pic, nie jesc, nie palic, nie robic wurwa NIC. Chyba nie ma nic gorszego. Ale damy rade. Chcemy miec chuda dupe - damy rade. 
Wczoraj mialam badanie krwi i, chociaz pani pielegniarka byla BARDZO ladna i nazywala sie Torres Joy (skojarzenia serialowe) - zrobila mi siniaka na pol reki. Wygladam jak heroinistka.
Inna ciekawostka jest to, ze zostalam (zaraz po okaleczeniu przez lekarza, poszlam do pracy) na ponad godzine sama z Klockiem i po raz pierwszy ANI NA MOMENT nie zaczela plakac. Uwazam to za sukces. Nakrecilam kilka filmikow jak tanczy, nawet udalo mi sie zmusic ja do powiedzenia "Kaja" (co bylo najslodszym momentem w moim zyciu). Musze je troche poprzycinac, przeedytowac i wrzuce na blozka. 

Dzien zakonczyl sie tradycyjnym, wtorkowym karaoke. Tym razem nieco szczegolniejszym, bo ostatnim dla w/w dziewczat. Dla wiekszosci skonczyl sie o NORMALNEJ porze, czyli okolo pierwszej. Dla INNYCH, niestety nie. INNI wrocili do domu mega zygzakiem, zaraz po piatej rano. 
Poniewaz zdawalam sobie swietnie sprawe ze swojego stanu, a wiele sie wokol mnie dzialo, postanowilam skorzystac z funkcji dyktafonu w telefonie i nagywac notatki glosowe. Chcialam wrzucic Wam kilka, ale po kilkakrotnym przesluchaniu stwierdzam, ze jednak chyba musze choc TROCHE udawac, ze mam mozg i probowac zyskac szacunek moich czytelnikow. Wrzuce Wam tylko moj ulubiony moment. Enjoy.

KLIK

(tak jest, poczatkowo filmik byl wklejony TU, ale potem pomyslalam, ze jak wrzuce tylko linka, to przynajmniej pod koniec dnia zobacze ile bylo na niego wejsc. O, slodka proznosci. Chce zobaczyc, ile osob sie mna interesuje!)

{4}

21 czerwca 2011

Podczas gdy trudze sie edytowaniem, przycinaniem, sklejaniem zdjec z ostatniego tygodnia (miliard imprez pozegnalnych, imprez bez okazji, imprez urodzinowych i ogolnego pijactwa), uracze Was filmikiem, ktory nakrecilam podczas wtorkowego babysittingu. Klockowi troche sie uroslo od ostatniego razu kiedy uwiecznialam ja na zdjeciach. Dwa miesiace temu 10,5kg, teraz mysle ze juz spokojne 13kg. I nie dziwne, bo mama ja strasznie rozpieszcza. Co chwila lody albo czekolada. Byla chyba (jest) strasznie wyczekanym dzieckiem i rodzice nie potrafia jej niczego odmowic. Rozumiem to i serce mi sie raduje jak widze z jaka cierpliwoscia Anja do niej podchodzi, wszystko tlumaczy, chyba jeszcze NIGDY nie podniosla na nia glosu.. i to skutkuje, bo Klocek naprawde wszystko rozumie. Wystarczy jej tylko powoli powiedziec, czasem powtorzyc - i odpowie (w werbalny lub inny sposob). Jest cu-dow-na.


Pracuje nad notka opisujaca zeszlotygodniowe wariacje, tymczasem pozdrawiam, caluje i sciskam. 
Ke$ha.

A! Jeszcze jedno!
Postanowilam, ze (czy mnie zechca, czy nie) juz na bank nie wracam do Acttivu w te wakacje. No coz, moze jednak nie byla to do konca MOJA decyzja, bo fakt faktem, to oni zlekcewazyli mojego maila i nigdy nie odpisali. Ale to dobrze. Zmotywowalo mnie to do dalszego dzialania. Zapisuje sie na intensywny kurs Szwabskiego (od drugiej polowy lipca), znalazlam jeszcze jedna babysittingowa prace (2letni chlopiec, ktory PODOBNO czasem jak sie zdenerwuje to wali glowa w sciane, ale jest normalnym i milym dzieckiem. Wiadomo - nie mam prawa go oceniac, Kaja bum!), a od 28.07-04.08 jade do Londynu z Helena. Znowu tydzien w UK, znowu koncert Allie Moss (plus, tym razem Bess Rogers too!). This is going to be legen......(wait for it)....... DARY! 

{4}

23 czerwca 2011

Przede wszystkim, musze sie Wam do czegos przyznac. Sciagnelam nowy album Gagi. I jest idealny do joggingu. Wiesz mamo, biegalam wczoraj z Gaga. ALE NARZUCILA TEMPOOOO, az widzialam biale plamki przed oczami. No ale taka prawda. Marry the night, tak mysle. Chyba lubie najbardziej.

Zaktualizowalam notke o poznaniu mojej zydowki z internetu ;)). Zapraszam, polecam. 

*

Ostatni tydzien byl jednym z niezapomnianych, I'm sure. Impreza za impreza, duzo pozegnan, zdjec i wydawanych pieniedzy (za duzo). Niedzielna "impreza" z ziomami (kiedy mowie "ziomy", wiedzcie ze mam na mysli moich Polaczkow), po ktorej Artur musial u mnie spac (..). Tak to jest, jak mieszka sie w dupie swiata. We wtorek pozegnalne karaoke dla Sary i Heather. W czwartek pozgenalny obiad Catherine + wyjscie na meeting TT (w sobote ostatni Dim Sum z Catherine, too). W sobote wielka impreza w domu Justina Timberlake'a (Dietera), na ponad 40 osob, z motywem amerykanskim (tytul imprezy "Born in (and going back to) the USA") - pozegnanie Sary&Heather, urodziny Rachel. Wrocilam do domu w niedziele w samo poludnie (wciaz pijana, bo oczywiscie, staropolskim zwyczajem, zapijalam kaca piwem (ludzie nie wierzyli wlasnym oczom :P)), spalam 4godziny, a wieczorem znowu poszlismy do baru (ledwo zywi), bo to juz NAPRAWDE byl ostatni wieczor dla Sary i Hezzah. 
Co fakt to fakt, ten tydzien SSIE. Wszyscy gdzies powyjezdzali, jedni na zawsze, inni na wakacje. Od poniedzialku siedze w domu i kuje do prawa jazdy (tak, nie, jeszcze nie zdalam teorii, sratata, wiem!). 

Nie ma co opisywac imprez, wiadomo jak one zwykle przebiegaja. Kaja sie upija, wszyscy inni tez i jest wesolo. Ale uracze Was zdjeciami i swiezymi jak buleczki (czy cos) filmikami, ktorych jeszcze nikt, poza mna i moja niemamowa mama nie widzial. Z gory przepraszam za moj pijacki glos. Juz po ostatniej notce zauwazylam, ze nie jestescie jego fanami. 

(od lewej: Chris (aka Peter Pan, moj nowy adorator :D), Hezzah (moja zona), Dieter (Justin Timberlake), Janick i Nuno)

(tak, wiem. To Lady Gaga. Ale owa piosenka ma dla nas znaczenie sentymentalne, ot co!)

Jak widac, swietnie sie bawilysmy :D 

Ja i Sara. Moja chyba najlepsza kolezanka tutaj. And now, she's gone.

// To zdjecia z ostatniego Karaoke. Teraz uracze Was impreza. Tak, wiem - za duzo i za nudno. Ale badzmy szczerzy, co macie lepszego do roboty ;D? //

Tematem przewodnim imprezy, byla Ameryka. Kazdy mial sie ubrac w kolory flagi etc. Niestety nie kazdy przestrzegal dress-code'u. NA SZCZESCIE, niektorzy TAK. To moje paznokcie (bylam zbyt leniwa, zeby pomalowac wszystkie :P)

Nie wiedzialam CO amerykanskiego moge upichcic (niewiele wiem, jesli chodzi o ich kuchnie. Pomyslalam wiec, ze zrobie salatke. Alkoholowa. [Po lewej] Kupilam cztery pudelka po 10 sztuk schnappsow i wsadzilam do przezroczystej miski. Nie powiem, zrobila furrore :D! Po prawej, Jello Shots.)

Najlepsze ciasteczka na swiecie. Myslalam, ze domowej roboty, okazalo sie ze byly z.. Subwaya!

Niewiele osob przestrzegalo Dress Code. Od lewej: Anne, Simon, Ana i jo.

Ktos przyniosl 2 flagi: USA i Bawarii. Hezzah ubrala sie w ta bawarska, ja do konca imprezy obrana bylam w amerykanska (zrobilam sobie z niej peleryne)

.. Jak widac.

Ja i Brenna (Dzizas [tak, mamy kolezanke ktora nazywamy Jezus. So what?])

Ke$ha, ubrana w USA flage, pijaca z czerwonych kubeczkow. Tiago, take a picture of me! I am SOOOO american right now! 

Ja i moj niedoszly, przyszly, eks chlopak przez jeden dzien - Kudlaty. Od niego wszystko sie zaczelo ;)

Moja mina pt. "People always leave."

Mielismy tez swoj pijacki, placzliwy moment. Ja, Sara, Tiago i portugalska Ana. 

No i oczywiscie, zeby nie bylo - na koniec JA i sliczny, pijany Tiago. Lofciam to zdjecie, janiemoge. 

Hmm, zeby zmotywowac Was do jakiegos feedback'u, pozostawie notke otwarta. Nie wrzuce filmikow. Po pierwsze dlatego, ze nie wiem (serio) czy w ogole kogokolwiek one interesuja, po drugie, sa troche zawstydzajace. Moze to slabe, ale dziwi mnie to, ze od kilku tygodni, dzienna ilosc wejsc na blozka wzrosla z 20 na 40 (dla mnie to naprawde sporo), w dodatku coraz wiecej klikniec jest NIE z Lublina. aA mimo wszystko ilosc komentarzy jest zerowa. Rosnie tylko wtedy, jak ktos chce sie ze mna o cos poklocic. 


{10}

27 czerwca 2011

Wszystko, zeby tylko sie nie uczyc. A tak naprawde to uczylam sie przez trzy godziny, a pozniej zrobilam MALA przerwe, ktora trwa juz chyba z poltorej. Ale obiecuje, napisze szybka notke i wracam do przepisow. Aj promis.

Na poczatek (aby utrzymac sie w klimacie poprzedniej notki), pochwale sie, ze oprocz Gagi, sciagnelam tez nowa plyte Metronomy. W zwiazku z czym, od tygodnia (DZIEN W DZIEN) przesladuje mnie TA piosenka. Jest idealna, zwlaszcza refren. No ale Gaga tez. Hanba mi. 

Mimo tego, ze moje dziewczyny mnie zostawily, o dziwo swiat sie nie zawalil, zabawa wciaz trwa, a wino sie leje. To Monachium ma jakis niezatrzymywalny przeplyw ludzi, co tydzien ktos nowy. Na pewno jest to smutne, ze wyjezdzaja, ale ci nowi tez okazuja sie calkiem spoko! NA PRZYKLAD, kolejna mmz w moim zyciu (aczkolwiek w srode wyjezdza): Iina z Finlandii. 

Nie bede zanudzac ani opowiadac, uracze was tylko kolejna porcja imprezowych zdjec i wracam do nauki. 

W piatek, Fio i Nathan zorganizowali Poker Night. Poker Night miala polegac na piciu Whisky, graniu w pokera i (ja) sluchaniu Poker Face Lady Gagi. Whisky wypite, Gaga odsluchana, a ja o pokerze dalej wiem tyle co nic. 


Od lewej: Ja, Nuno, Fio i Dieter (Justin Timberlake)

Justin wants a huuuuug!

To zdjecie doprowadzilo mnie do smiechu na glos, kiedy zobaczylam je w sobote rano (na Fejsie, a jakze).
Ostatnio ciagle sni mi sie, ze mam dziecko, wiec (najwyrazniej) chcialam sprawic, jak bede w roli przyszlej Mamy wygladac. 

No i na koniec, slawna (juz) koszulka, reklamujaca Blozka. Nie moge znalezc pliku z HTML z mojego pierwszego szablonu (zdjecie na srodku, jedna kolumna, na gorze linki + archiwum, pozniej notka i komentarze). Ma ktos moze jakis taki surowy kod, ktory moglabym jakos sobie przerobic? Pozdrawiam, caluje, wracam do nauki, 


Keno$ha.


{5}

29 czerwca 2011

Postanowilam rozdzielic weekend na dwie imprezowe notki. Wiem, ze moze sie Wam wydawac ze moje zycie to jedna wielka biba (i w sumie czasami tak jest), ale to glownie dlatego ze ostatnie dwa tygodnie nie pracowalam, bo w Bawarii dzieciaki mialy 2tygodnie wakacji wiec wszystkie moje rodziny wyjechaly na urlop. Dzis dopiero ide do Klocka i juz nie moge sie doczekac ;) 

W sobote postanowilismy wbic na impreze do wspollokatora Justina (ten sam dom, gdzie byla impreza Born in (and going back to) the USA, tylko 7 dni pozniej a zupelnie inne klimaty). Sami Niemcy, duzo jedzenia, super-pop muzyka i generalne NUDY. Dopiero kiedy po 22 zjechali sie "moi" ludzie z TT, czyli anglojezyczni, zrobilo sie weselej. 
Tematem przewodnim imprezy byl "Magic Garten" wiec ludzie mieli poprzebierac sie ze wszystko co kojarzy sie z magia i ogrodem (krasnale, grzyby, kwiaty, drzewa, etc). Sam wspollokator Justina - Mathias tez calkiem niezle sie przebral - klik
My niestety nie wykazalismy sie taka kreatywnoscia, wiec wszyscy postanowilismy jedynie namalowac sobie czarne nosy i wasy, i przyjsc jako stado myszy. Niektorym nawet i TEGO nie chcialo sie robic, wiec kilka dziewczyn chodzilo po domu tylko z wasami ;).

Pauliina (tak, przez dwa ii), malujaca wasy (nowej) Sarze.

Od lewej: Iina (mmz, ktora zreszta juz dzis wyjechala), Laura, Fio i Pauliina.

Wszystkie zdjecia kradne z Facebooka, te niebieskie sa z albumu Sary. Nie wiem czemu tak wyszly.


My, czyli TT people, prowadzilismy sobie wlasna impreze w kuchni. Tych dwoch Szwabkow, ktorych widac w tle, przyszlo do nas i zaczeli zaczepiac Fio, a pozniej prowokowac ja zeby zbila butelke (WTF?). Niestety chyba jej nie docenili, bo po prostu wziela szklo i trzasnela o ziemie. Tyle dobrego, ze pozniej posprzatala.


2am i zgubna dla mnie, ostatnia "lampka" wina..


Nastepnego dnia (niedziela) rano, Fejsik poinformowal mnie, ze wszyscy gromadza sie w Englischer Garten, zeby poobgadywac wydarzenia minionej nocy (moje dziewczyny NIE zakonczyly imprezy w domu Justina, tylko wyruszyla w miasto, po drodze wdajac sie w 4 rozne bojki/klotnie. Stad tez tytul albumu Fio: "The night we fought the Germans". Podobno jacys kolesie ich zaczepiali, dziewczyny smialy sie z ich dorysowanych wasow, ktos inny zalozyl sie z kolega, ze nie podejdzie i nie rozciapcia czizburgera w twarz Fio (naturalnie to zrobil). Wiec zupelnie szalone, dziwne rzeczy sie dzialy. Pomyslalam, ze trudno - wygramole sie z lozka. Wypilam kawe z cytryna (tak, wiem - fujcia, ale internet powiedzial ze dziala i ja tez mowie, ze dziala. Jak sie poslodzi, to nie jest zla) i wyruszylam (o OSIEMNASTEJ :D) do miasta, po drodze spotykajac sie z Nowa Sara. 
Niestety zanim tam dotarlysmy, wszyscy zbierali sie juz do domow, po drodze jeszcze mieli zahaczyc o Subway albo Kebaba. Postanowilysmy sie do nich dolaczyc. 

Subway byl zamkniety, wiec w poszukiwania legendarnego Kebaba, do ktorego kierowal nas Alex, doszlismy az do Münchner Freiheit, czyli trzy stacje dalej. 



Mimo tego, ze teoretycznie wszystko bylo wylozone i kazdy mogl wybrac sobie skladniki, ja sie jednak nie skusilam. Brzydze sie kebabami, sorry. Raz tylko zamowilam KEBABA BEZ MIESA, smakowal jak nalesnik z surowa salata, bez sosu. Fujcia nad fujciami, ryli. 


Pauliina (nie wiem, czy wciaz pijana, czy przez kaca) nie mogla zapanowac nad swoim kebabem. Wszedzie dokola byly jego kawalki..

Poniewaz Kebab Place znajduje sie przerazajaco blisko wszystkich fajnych miejsc z tanimi Coctailami, a wlasnie trwala Happy Hour, ktos zaproponowal smiechemzartem, CHODZMY SIE NAPIC. 

5min pozniej siedzielismy w Peaches, korzystajac z tanich, pysznych drineczkow. Popcorn w Peaches zawsze dostaje sie za darmo, lubie to!

Okazalo sie, ze zeby zamowic nastepny Coctail (w cenie Happy Hour), szklanka po pierwszym musi byc pusta. Poniewaz do konca HH zostalo nam jakies (doslownie) 5min, kazdy musial wyzerowac mniej wiecej takiej wielkosci drinka. NIEKTORYM Z NAS taka ilosc alkoholu wystarczyla az do konca nocy. 
Tu: Mai Tai (ostatnio chyba moj ulubieniec)

Po jakims czasie, niewiadomojak znalezlismy sie (znowu) w parku, pijac wino z kartonu i grajac w Never Have I Ever, a pozniej Granola. Och, drinking games!


Iina dostala od swojej Host Rodziny jakis super zabytkowy telefon, ktory nie dosc ze mial antene, to jeszcze WBUDOWANY TELEWIZOR (niestety, nie odbieral). 

Sara, jak slicznie wyszlas na tym zdjeciu, hu hu huuu..

Alex - master of the second plan. 

I to by bylo na tyle. Ide do Klocka. 
Love!

PS. Specjalna dedykacja dla Agaty Piekarz, ktora moze po zobaczeniu jak imprezowe i wesole jest zycie w Monachium, JEDNAK zdecyduje sie na program Au Pair i dolaczy do moich pijackich szeregow!



{5}


wiecej








Tweets by @kadinaja