03 marca 2011

Juz od rana zaczynam z paczuniami. Na razie jestem przy pierwszej kawie (sredni postep, biorac pod uwage ze jest 9:09 a ja chcialam pichcic od 8 [mama-budzik zeszwankowala]). 

Powiem Wam tyle. Wszystko jest dokladnie tak jak rok temu. Od pierwszej sekundy psiocze na przeliczniki wagi, tj. ile gram ma kilogram, a ile dekagram. Moze byc juz tylko lepiej. W planie mam MILION paczuni, pysznych i lukrowanych, jednych z brzoskwinia, innych z wisnia. Pozniej bede je wszystkim rozdawac i wszyscy bedom mnie lubic. Achhh, juzniemogesiedoczekac. 


EDIT 10:05
Mieliscie kiedys drozdze miedzy palcami u stopy (i na niej tez?). Nie polecam. NIE UROSNA.

EDIT 11:06
Jakas taka jestem o wiele zwinniejsza niz rok temu. I tylko szesc razy dzwonilam do Dziadkow po pomoc (btw. zastanawialiscie sie kiedys, dlaczego mowi sie DZIADKI a nie BABCIE. Albo na przyklad, ze "Przemki jutro do nas przyjda". Czyli ze "Przemki" to Przemek i jego zona. Dlaczego tak? Zadam rownouprawnienia. Dzwonilam do BABCIÓW!). Ciasto na paczunie juz wyrobione, teraz rosnie. Wybrudzilam o polowe mniej garnkow, kuchnia nie wyglada jak po burzy.. Teraz pozostaje mi tylko czekac. A potem kulac i nadziewac.. 

EDIT 00:15
Nooo, mili Panstwo. Nie mialam nawet czasu pochwalic sie jak wyszlo. Skonczylam smazenie za dziesiec trzecia, a o 15:30 juz odbieralam Noah ze szkoly, dzierzac pod pacha pudlo z 10 paczkami. Ku mojej uciesze WRESZCIE trafilam w dzieciece gusta. Ptasie mleczko wyrzucili/oddali sasiadce bo za sloodkiee. Kisiel wciaz lezy w szafce bo oni nie luuubiaa (chociaz nigdy nie jedli, ale wyglada tak blee). Sliwki w czekoladzie ktore dalam im na Wielkanoc rok temu wczoraj znalazlam w szafce (i nie odmowilam sobie, a skadze!). A paczucie? Paczusie znikly (zniknely?) w mgnieniu oka i nawet Pani_od_pianina (maja teraz korki z muzyki) sie skusila. Z trudem odmowili sobie ostatniego, zeby Tata Obszczymurek mogl sprobowac. 
Miod na ma dusze. 
Paczuni bylo 60 (-1 bo SIEU spalil na wegiel, kiedy to tluszcz zaczal mnie bombardowac i musialam przykryc przykrywka [no bo czymze innym sieu przykrywa, duh?]) i balam ja podniesc, coby nie dostac w oko olejem. 
10 zanioslam dzieciom. 14 odlozylam do rozdania (5 dla Florina, 5 dla Szkoly Jazdy [czyt. Frau Krampfl i EWENTUAAAALNIE jej pracownikow, jesli sie podzieli {ten lysy instruktor moglby dostac z jednego, przez zoladeczek do serca!}]) i 4 dla CM i Art (z ktorymi sie NIE zadaje wiec nie zasluguja, aale..).

Generalnie reasumujac i konkludujac - moje paczusie byly (RIP) tak pyszne, ze autentycznie chcialo mi sie plakac przy kazdym kesie. I wiem, ze sie przechwalam, ale DAMN IT - mam podstawy. Tylko mama i Art nie rozumieja/smieja sie ze mnie, bo wiekszosc z nich zamiast zjesc, wole rozdawac ludziom, zeby mnie bardziej lubili. Nie ma to jak kupowac ludzkie uczucia. To bedzie moja nowa misja. Produkcja wypiekow i oddawanie ich za darmo w celu zyskania sobie sympatii. Dzis sie udalo, zobaczymy co przyniesie jutro! 



W przeciwienstwie do tych z zeszlego roku, te nie sa posypane cukrem pudrem (posypalam to zdjec i pozniej musialam obsypywac, bo cukru pudru nie znosze). Probowalam wyczarowac lukier z cukru waniliowego i zwyklego bialego, ale nie chcial sie wyrobic, wiec wyszly mi tylko takie lekko posrebrzane zamiast biale. Wygladem moze wiec nie powalaja.. ale w smaku wyglac nic nie przeszkadza. 

Pozdrawiam, 
szczesliwy Kaj z WIEEELKIM brzuchem :)


{5}

06 marca 2011

Czy to mozliwe, zeby 3 dni tak duzo zmienialy? 
W piatek podczas jazd z Florinem, jak zwykle spytal mnie jakie mam plany na weekend. Jak zwykle odpowiedzialam, ze zadne. Bede siedziec w domu, nudzic sie, grac w The Sims i czytac (statusy znajomych na Facebooku). Alternatywnie mialam jeszcze opcje urodzin Isabel, ktorej nie widzialam od jej ostatnich urodzin rok temu (a kiedys spedzalysmy ze soba kazdy weekend i bylismy wszyscy jedna, wielka, international rodzina). 



Mialam w zamiarze gnic w domu, ale do zmiany zdania mego przyczynily sie dwie okolicznosci. Po pierwsze, mama zaprosila gosci (co dla mnie zawsze jest sygnalem do ulatniania sie). Po drugie, uro Isabel mialy miejsce w Irish Pubie, a poniewaz czuje sie tam jak w rodziiinieee, pomyslalam ze why the hell not. I pojszlam. 
Impreza, prezenty, piwo, tlum ludzi, karaoke. Piatek. Shamrock. Klasyka. Po 23 zrobilo sie luzniej, kazdy czul w glowie bombelki i zaczelismy tez nawiazywac nowe znajomosci. Ludzie nie siedzieli juz przy stolikach, tylko brykali pod scena, tanczyli, niektorzy tez spiewali do butelek po piwie, wyobrazajac sobie ze to mikrofon (again - klasyka). 

Ostatni tygodzien karnawalu (Fasching) jest w Niemczech obchodzony bardzo hucznie, kazdy dzien ma swoja wlasna nazwe i cos dla siebie charatkerystycznego. 
- Weiberfastnacht  Piatek - noc dla kobiet (pija za darmo, przebieraja sie, tancza i zgonuja w metrze)
- Nelkensamstag - Gozdzikowa Sobota
- Tulpensonntag -Tulipanowa Niedziela (u mnie jest Dniem Kaca i niemoznosci wstania z lozka)
Nastepnie dwa najwazniejsze dni: 
-  Rosenmontag - Rózany Poniedzialek (cytat z jakiejs strony internetowej "W poniedziałek uczestnicy karnawału przebierają się w zabawne, bardzo kolorowe kostiumy, tradycyjne stroje ludowe i maski i biorą udział w pochodach i innych zabawach. Tradycja karnawału pochodzi z dawnych czasów i bierze się ze zwyczajów wypędzania zimy."
i na koncu Veilchendienstag - Fiolkowy Wtorek. 
Tak naprawde, zabawa trwa cale piec dni. Wszyscy jedza paczki (ktore sa oblesne, lukrowane, kolorowe, wypelnione budyniem albo czekolada. Kajowe o niebo lepsze!) i poprzebierani biegaja po ulicach. 

Wybaczcie za te wstawke, ale byla dosc konieczna i znaczaca dla calej historii. W piatek wiec, pelno juz bylo na ulicach przebierancow. Wracalam do domu ostatnim metrem i widzialam strasznie duzo pijanych, zgonujacych, spiacych na lawkach zombie, krolewiczow, avatarow, kroliczkow playboya. Do tego wszyskie latarnie w miescie sa poprzystrajane balonami, bibula, kolorowymi wstazkami.


Podczas urodzin Isabel wypatrzylam tuz pod karaokowa scena MMZ. Najpierw zauwazylam jego piekne, czorne oczy, a potem srebrna, plastikowa korone, wysadzana brylancikami. Pomyslalam NO KSIAZE Z BAJKI JAK W MORDE STRZELIL! i na reszte wieczoru przykleilam sie do niego oczami. Moj ksiaze chyba to zauwazyl, bo tez czasem rzucal na mnie swoje wladcze spojrzenie. Pozniej kiedy tak sobie go obserwowalam, zauwazylam ze nie jest sam. Otaczala go grupka poddanych dziewczyneczek + jeden kudlaty kolega z Afro na glowie. 
Skracajac conieco ma historie. Kilka minut i piw pozniej, siedzialam w koleczku, z korona na glowie, po prawej odb(p)ierajac flirty Kudlatego kolegi, a po lewej majac piekne oczy mojego Ksiecia. To co okazalo sie tez bardzo fajne, to te dziewczyny. Przyjely mnie do grupy i rozmawialy normalnie. Ja na ich miejscu syczalabym na widok moich dwoch kolegow, wyrywajacych inna dziewczyne. A one byly takie sympatyczne. Zegnajac sie z nimi marzylam o tym, zeby jeszcze kiedys ich zobaczyc. Dlatego tez, kiedy Kudlaty kolega wybiegl za mna z baru i poprosil i numer telefonu, dalam mu swoj prawdziwy (nie zmyslony, jak zazwyczaj). 

Cala sobote kacowalam i dopiero pod wieczor wybralam sie na krotki spacer z Art. Pomyslalam ze godzina chodzenia po miescie to dobry trening i test dla moich nowych, niewygodnych, slicznych butow. Z okazji karnawalu i przebierancow pozyczylam tez od mamy jej nowy, rozowy plaszcz. Stety albo i niestety, wlasnie kiedy zbieralam sie juz do domu (spacer z Art = siedzenie w akademiku u Marcina i wypijaniu skrzynki piwa), moj telefon odezwal sie z propozycja kolejnej imprezy z nowymi znajomymi. Pomyslalam,ze taka okazja w przyszlym tygodniu moze sie juz nie zdarzyc, wiec trzeba kuc zelazo poki gorace. Powiedzialam "Jacha, zaraz bede!" - i bylam. 

I tak oto spedzilam dwie noce pod rzad, na dwoch szalonych imprezach z grupa szalonych studentow z Brazylii, Portugalii i USA. Wzbogacilam sie o wielkiego kaca, piec nowych znajomosci na Facebooku, jednego Brazylijczyka ktory mysli, ze JEST moim chlopakiem (well, apparently jesli dajesz komus swoj numer telefonu, to daje mu to totalne upowaznienie do lapania cie za rece i publiczne calowanie w policzek. I to, ze te rece zabierasz + bynajmnej NIE zachowujesz sie zachecajaco, nic nie znaczy. Dalas numer, wiec jestes jego wlasnoscia, duh!) i drugiego Portugalczyka (moj Ksiaze z bajki) ktory BEDZIE moim chlopakiem (a w mojej glowie juz nim jest). 

Jutro znowu mam jazdy z Florinem, nie moge sie juz doczekac az zapyta "I jak tam Twoj weekend?" a ja zamiast "No wiesz, obejrzalam siedemdziesiat filmow i zjadlam kilo dietetycznych ciasteczek" odpowiem "No wiesz, dwa dni pod rzad balowalam z grupa nowopoznanych obcokrajowcow i poznalam MMZ"


MMZ + 2 random girls (wiking po lewej dzis rano znalazl mnie na FB i reakcja lancuchowa mam juz w znajomych ich wszystkich)


MOJ CHLOPAK i Sara z NYC, z ktora od 2h rozmawiam na Skype i juz wiem, ze kiedy powiem Kudlatemu wprost, ze sorry ale chyba Cieu posralo, ona i tak bedzie chciala sie ze mna spotkac i zaprosi mnie na imprezy :) (plus chodza plotki, ze cos sie swieci miedzy nia a moim MMZ.. kto wie, kto wie. W najgorszym wypadku oni beda sie kochac, a ja bede ich przydupasem, cierpiec i obserwowac z dystansu)


Awww, jak sweetasnie, right? Moj piekny nowy CHLOPAK i ja :D Wielka Nieskonczona Milosc :D 


MMZ i Ana - Zombie, z ktora tez przez kilka ostatnich godzin prowadze skypowe rozmowy o zyciu i smierci. 
(BTW. TAK, MMZ i ja zamienilismy sie kurtkami na znak naszej tajnej milosci, ktora jest tak tajna, ze wiem o niej tylko ja!)


MMZ Ksiaze z Bajki i Moj Chlopak - Pies Kudlaty. 

(EDIT : znalazlam na FB zdjecie z tej nocy, kiedy ich poznalam. Oto MMZ w wersji Ksiaze, czyli z korona na glowie

**

Pozdrawiam wszystkich kacowo i juz nie moge sie sama doczekac dalszego rozwoju historii. Old Kaj is back! Stay tuned, bitches!


{14}

13 marca 2011

Okej. Pomyslalam, ze skoro minal tydzien, to czas na nowa nocie. Podczas ostatnich siedmiu dni wiele sie wydarzylo (jak to zwykle, przeciez moje zycie jest takie szalone, codziennie robie cos innego, szaleje, pije do upadlego a tak poza tym to .. [szukam jakiej niewyobrazalnej przesadni, zeby zaakcentowac sarkazm, ale nie umiem...] schudlam dziesiec kilo i zostalam Tap Madl. No. 
Przede wszystkim, musze wyrazic jednak swoje przerazenie i gleboki smutek z powodu waszej NIEZGODY ze mna. Wszyscy, jak jeden maz (poza Evinha aka niemamowa mama) NIE zachwycali sie MMZ, tylko Kudlatym. Moim EX, nawiasem mowiac. Od kiedy tydzien temu wytlumaczylam mu, ze sorry, ale.. NIE. Nie dla publicznego obsciskiwania sie i nie dla twoich ust na mojej szyi. PRZY LUDZIACH! - przestal sie odzywac. No coz, nie winimy, nie oceniamy. Dzis nawet w ramach akcji MEGANIEZRECZNOSC i DOTYKOWE TELEFONY SSA, moj Samsung sam sie w kieszeni odblokowawszy i wyslawszy do Kudlatego sms o tresci (nie jestem do konca pewna, moge sie pomylic o literke, czy dwie, ale nie sadze, zeby zmienilo to sens i przekaz wiadomosci) kdjgnoneonogjneronssdfff. Glupi Kudlaty; dlaczego nie mogl sie nazywa ZBIGNIEW, tylko Andre? Dlaczego A jest przed Z? (i to dosc spory kawalek?) Joder, moje zycie jest takie niesprawiedliwe. 
Anywho, Kudlaty grzecznie odpisal, informujac ze Droga Kaju, soreczka ale chyba Twoj telefon splatal Ci figla; pozdrawiam, milego weekendu. I TYLE. Tyle. Posprzatane. Juhu. 

Oprocz opedzania sie od owlosionych kolesi, w owym, minionym tygodniu mialam tez do roboty ROBOTE. Mianowicie Job Interview nr. 2, ale tu wdawac w szczegoly sie nie bede, dopoki umowa nie zostanie podpisana, i pierwsza pielucha zmieniona. Nie mow hop, dopoki cie sznurowki nie zdepcza, ja biore na wstrzymanie i jedyne co Wam powiem, jako taka moja osobista - zyciowa rade - Nie bierzcie dziecka na rece jesli macie katar. Bo oto okazuje sie, ze dziecko wasze rece moze polubic, a katar splywac. I wez tu zrob cos z dzieckiem, przeciez go sobie nie ODLOZE na chwileczke, coby nos wydmuchac. Wciaganie tez za bardzo nie dziala (no sorry, moze i przykry temat, ale prawdziwy i jak najbardziej aktualny, podczas tych naszych wiosennych przesilen i gryp). Najpewniej wiec, skonczysz - tak jak ciocia Kaja - z rekami zajetymi zadomowionym juz tam bardzo bachorem i gilem dopasa. Przykry widok, jeszcze przykrzejszy stan bycia. 
No i fujcia. 

Ad rem, generalnie. 

We wtorek, w moim miescie, odbylo sie (wspomniane juz takze w poprzedniej notce) pozegnanie karnawalu. Powinnam wziela sie byla kurowac i lezec w lozku, ale stwierdzilam ze za rok koniec swiata, a ja CHCE to zobaczyc. Chwycilam telefon, wykrecilam memory 5 do Artura i godzine pozniej lazilam w tlumie (jak tlumow nie lubie, tak ten byl pijany, kolorowy i sympatyczny) przebierancow i pijakow, rzucajacych konfetti. 
Dziele sie zdjeciami, szczedzac zbednych slow (a zdjec bedzie duzooooo, oj duzo).


Zaczynajem od tlumu przy Stachusie. W bramie widac Wielkiego Wisielca Kulfona, ktory urzekl mnie soba juz tydzien temu, kiedy to pijacko wracalam z karaoke night (zaraz po poznaniu MOJEJ milosci zycia i WASZEJ. Czyli Kena i Kudlatego). TU mozna rzucic okiem na Kulfona z perspektywy blizszej oddolnej.


Pod scena dzialo sie najwiecej (i nie, nie NA scenie, choc to tez. Wlasnie POD.) i najglosniej. Szalony tlum rzucal sie na siebie i w siebie konfetti, ktore sprzedawali w wielkich torbach po 1e za opakowanie. Kaja tez kupila i tez rzucala. (Czulam sie jak wrozka, ktora sypie gwiezdny pyl na pijakow <3)


W centrum bylo zdecydowanie wiecej ludzi PRZEBRANYCH, niz NIEprzebranych. Jako jedna z tych drugich, czulam sie troche dziwnie i smutno.




GHOST BUSTERS - niestety od tylu. Trzech ich bylo, trzech z fasonem.



Nie brakowalo tez poprzebieranych dzieci :




Dwoch chlopcow z tylu ciagle zbieralo konfetti z ziemi i rzucalo w biedngo Pana, probujac go rozdraznic. Dziewczynka brala go na cierpliwosc - stala tam chyba z 5min i patrzyla prosto w oczy miejsce, gdzie powinny byc oczy.


Ten zblazowany Tygrysek jest zdecydowanie moim ulubionym. Plus  - sorry, ale TRZY(?) letnie dziecko w wozku? WTF?


Wszedzie bylo pelno budek z konfetti, balonikami, grzanym winem, szampanem, drinkami.. ale tez cieplymi przekaskami, popcornem, wata cukrowa.. etc.


Wspomniane w poprzedniej notuni Niemieckie Paczunie. Mowilam, ze moje byly lepsze. Moze nie pod wzgledem ksztaltu i dekoracji.. ale na pewno smaku. Te byly bardzo udziwniane. 


Marcin, Kaja, Artur (nastapil rozejm). 


Kazda latarnia byla przystrojona. Akurat na tym odcinku drogi, wszytkie byly Kulfonami. W innych miejscach zdarzaly sie balony, bibuly etc.


Bardzo mi sie podobalo. Zaluje, ze nie wypuszczalam sie w okolice centrum troche czesciej, aczkolwiek i tak najintensywniejsza czesc Faschingu widzialam. Tylko we wtorek - ostatni dzien jest parada, koncerty, no i to konfetti. Fajne bylo to, ze nawet obcy ludzie sie nim rzucali. I tak, idac stopa za stopa w tlumie, co jakies piec krokow (czyt. 10 min) obrywalam raz z prawicy, raz z lewicy kolorowym papierem w twarz. Skutek tego taki, ze zostawialam za soba slady, jak Jas od Malgosi. Nawet w szkole jazdy dzien pozniej ktos powiedzial "O! To TY! To TOBIE wczoraj na wykladzie, sypalo sie z wlosow!", ja pokornie spuscilam glowe i szukalam dobrego klamstwa, chcac sie od zbrodni wymigac i zobaczylam wielka, kolorowa kaluze konfetti na podlodze.


{2}

19 marca 2011

*dryn dryn*
Kajaaaa, telefon
*dryn dryn*
(hmm.. odbierac czy nie odbierac. nie chce mi sie w sumie. )
*dryn dryn*
(no dobra)  
- HALLO?
- Czesc Kaju!
- Czesc, CM!
- Masz moze ochote jechac z nami pojutrze do Wiednia?
-  (przetwarza informacje).. Errrmmm.. nOo!
- No dobra, to super. Badz u nas w sobote kolo poludnia. Paaa!

// wracam 24h + 6h +/- 2h.. eeee.. JUTRO bede.
Huhu!

{0}

24 marca 2011

Für Elise LUise ;)

Weekendowa Vienna, podejscie drugie.

W sumie zdecydowalam sie pojechac z kilku powodow. Po pierwsze, dawno nie podejmowalam spontanicznych decyzji. Zima jakos mnie uspila i bardziej wegetowalam, niz zylam. Troche zaczelam sie budzic te dwa tygodnie temu, kiedy poznalam moja nowa grupe znajomych (o ktorych wierze, ze pisalam? MMZ, Kudlaty, dziewczyny z USA i Portugalii? Shamrocks Irish Pub i pijackie przyjaznie? No!), bo w koncu to JEST troche szalone, zeby poznawac w barze ludzi, a nie tylko chlopaka na jedna noc. I - nie zapeszajac - przyznam ze wciaz sie z nimi spotykam i coraz bardziej ich uwielbiam. Ale wracajac do Wiednia. Pojechalam bo chcialam znow przezyc cos szalonego. Pojechalam, bo normalnie kosztowaloby mnie to okolo 100eu minimum, a tak zabralam sie po prostu z Masazystami, ktorzy jechali odwiedzic Syna Masazystow, ktory w Wiedniu studiuje. 

Chcialabym na chwile zatrzymac sie w tym miejscu i przypomniec Wam rodzine Masazystow. Rodzina Masazystow sklada sie z : Masazystow (czyli mamy Irci i taty Macieja), CM (Corki Masazystow, czyli mojej Agi), BCM (Brata Corki Masazystow, czyli Lukasza) i SM (Syna Masazystow, czyli Michala [Wiedenskiego okularnika]). Moznaby jeszcze do tego opisu dorzucic kota,  ale nie lubie o niej mowic, bo jest wredna i zawsze na mnie prycha. 

Innymi powodami wycieczki do Wienia byla moja milosc do rodziny M, wiedzialam ze bede dobrze sie z nimi czula. Poza tym zawsze chcialam zobaczyc Wieden. Kiedys nawet juz mi sie snilo ze tam z nimi pojechalam (uswiadomilam sobie ten fakt, kiedy jadac w samochodzie dopadlo mnie kilkuminutowe Deja Vu. Autentycznie poznawalam ulice ze swojego snu. Huhu, weekend z hipisami i zaczynam swirowac!). 
No dobra. Ale ostatnim i chyba NAJWAZNIEJSZYM powodem, bylo to, iz wiedzialam ze w ten samiusienki weekend, w Wiedniu bedzie MMZ (NMS, Tiago, Ken, whatever you wanna call him). Facebook to potega. Wystarczy poszpiegowac czyjsc profil i wie sie o nim wszystko. A pozniej wystarczy tylko wspomniec podczas czwartkowego i piatkowego wyjscia (duzo sie z nimi ostatnio zadaje), ze "Hej, podobno jedziesz do Wiednia! Ja tez tam bede!" i juz - randka gotowa. I wiem, ze 99% czytelnikow zgodzilo, ze sie MMZ prezentuje sie o wiele gorzej, niz Kudlaty, ale NIE MACIE RACJI. No [link] spojrzcie [link] tylko [link]! Jodeeeer! W czwartek bylam z nimi na imprezie i poznalam Michala - Geja (Michal Gej, wozi klej na drewnianych taczkaach, pije, pali, konia wali, w dupie ma robaaczka!), ktory jest w Monachium od dosc niedawna i jestem pierwsza Polka, ktora spotkal na swojej drodze. Na codzien pracuje z nimi wszystkimi, wiec pozwolilam sobie troche poobgadywac moich nowych znajomych (w ich obecnosci, po polsku). Slowa, ktorych uzylam, mowiac do Michala Geja o Tiago (mmz) to: No bo Jezuuuu, jak na niego patrze, to MAM OCHOTE PLAKAC. Taki jest sliczny! Fakt faktem, nie bylam najtrzezwiejsza mowiac to, wiec reakcje mogly byc nieco przesadzone.. ale i tak uwazam ze jest jednym z najpiekniejszych tworow bozych. Powinni wpisac go do Ksiegi .. eee.. czegostam, jako ósmy cud swiata. (Gdzie sa wypisane Cudy Swiata? Oprocz tego, ze na Wikipedi. Heee..)

(Tu chcialabym zrobic mala przerwe i powiedziec ze tylko TA czesc notki zapisala mi sie na komputerze wczoraj rano. Przez godzine pisalam i pisalam, po czym kliknawszy "dodaj" wszystko sie zjebawszy i nic nie zostalo. Nienawidze pisac notek po raz drugi, to jak odgrzewanie wczorajszego schabiacza. Noale..)

Wyjazd zaplanowany byl na sobotnie przedpoludnie. Zwloklam sie grzecznie z lozka, probowalam doprowadzic do pionu zimnym prysznicem (noc wczesniej bylam w klubie (Klubie. KLUBIE. Ja. Swiat schodzi na psy.) ze swoimi "nowymi znajomymi" [jestem nowa w grupie, nie moge sie stawiac. Pije wino i chodze za nimi, tam gdzie mnie poprowadza]). Dotarlam do Masazystow okolo poludnia, usiadlam zeby napic sie kawy. Kiedy wstalam, byla juz 14. Dwie godziny spoznienia, no pasa nada!

Jazde samochodu umilala nam CM, jej laptop i nowy (super!) serial Misfits (podchodzilam do niego na poczatku bardzo sceptycznie, ale po 4h drogi do Wiednia, wciagnelam sie!). 
Na miejsce dotarlismy okolo godziny 20. Ja od 17:54 krecilam sie na miejscu, bo dostalam SMS mojego zycia i nie moglam doczekac sie wieczora. Moi wspólpodróznicy nie byli jednak tak ucieszeni perspektywa wyjscia. Wlasciwie do samego konca nie wiedzialam, czy w koncu rusza dupeczki, czy nie (bylam gotowa bez mapy wyruszyc w nieznane, zeby tylko uraczyc zimnym piwem Milosc Mojego Zycia). Na szczescie trzy godziny, dwie miski gulaszu i 1,5 piwa pozniej - wyruszylismy w miasto, zeby spotkac tam Tiago. Ktory, nawiasem mowiac - czekal tam na nas GODZINE PIEUTNASCIE. Nie wiem, czy to milosc, czy desperacja, czy nuda, ale jednak wolalabym wierzyc, ze milosc.
Tu niestety moi przyjaciele niczym mnie nie zaskoczyli - "pojscie do baru" w ich glowach opiera sie tylko na tym pierwszym wyrazie. 40minut lazenia i zastanawiania sie, czy wejsc do srodka ktoregokolwiek z Wiedenskich pubow, czy moze jednak szukac jeszcze innego. W pewnym momencie moj luby oznajmil, ze za godzine ma ostatnie metro do hotelu (na co tez wszyscy poza mna mieli za przeproszeniem wyjebane), wiec zaczelam panikowac (godzina mogla okazac sie nie wystarczajaco dlugim momentem, zeby uswiadomil sobie, ze jestem jego mz). 10min pozniej siedzielismy juz w jakims zadymionym, piwnicznym lokalu i pilismy zimne, CZESKIE (nie pytajcie, sama tego nie ogarniawszy) piwo. 
W ciagu tych dwoch czy trzech kwadransow opowiedzielismy sobie nasze wrazenia i emocje podczas tych 2 pierwszych nocy kiedy sie poznalismy. Tiago powiedzia, ze mnie zauwazyl i - rzekomo - rzekl do Kudlatego "Ej, ta dziewczyna to jakas taka sympatyczna, cho do niej zagadamy" (co tez po portugalsku zapewne brzmi o wiele bardziej slicznie, niz po polsku, ale niestety nie moge w zaden sposob udowodnic ani wam, ani sobie tej tezy). Mowil, ze widzial moje przerazenie kiedy Kudlaty udawal, ze jestesmy para. I, ze generalnie fajnie, ze sie poznalismy

Podczas owej rozmowy, jak sie okazalo, odzienie moje z lekka zaczelo sie obsuwac i ukazywac "za duzo cyca" jak to CM zgrabnie okreslila. Tiago, nawet jesli to zauwazyl, to nie dal po sobie poznac. I tu zblizamy sie do mojej nowej serii pytan, czyli Rhetorical Question of The Day : Czy jesli facet podczas rozmowy NIE patrzy kobiecie w cyca, oznacza to, ze jest a)gejem, b)slepcem, c)niezainteresowany byciem jej mz, d) dobrze wychowany? Poniewaz, apparently, wg wiekszosci ankietowanych (CM, moja Mama, Janusch, jego rybki i Florin) przewazajaca odpowiedzia jest odpowiedz a) i c). LICZE NA WSPARCIE MOICH CZYTELNIKOW. (Joder!)

Jesli chodzi dalsze, wiedniowe losy, to. Tiago niestety szybko sie zmyl, a ja dopiero 2 piwa pozniej przypomnialam sobie, ze przeciez mialam ze soba aparat tylko po to, zeby udokumentowac jakos nasze spotkanie w Wiedniu (coby za 20lat pokazac je wnukom i powiedziec "No widzicie, i tak sie zaczela milosc Babci z Dziadkiem"). Walilam sie z liscia w czolo, ale na nic. Jedyne co mi pozostalo, to robienie zdjec SMSom od niego (co tez uczynilam, co widac w linku, kilka akapitow wyzej).
Trzy Cztery godziny i trzy cztery piwa pozniej, wrocilismy do domu i, po zaspokojeniu mega gastrofazy (NARESZCIE JADLAM CHLEB. Blogoslawmy alkohol: pozwala nam tykac sie jedzenia, ktorego smak juz dawno zapomnielismy!), polozylismy sie do wyr. 

Obudzilimy sie ok. 10. Jedni z kacem moralnym, inni z kacem piwnym, zwleklismy sie z lozek, ubralismy i poszlismy zwiedzac. Niestety moglam zapomniec o Starowce i Belwederze, nie zobaczylismy zadnych palacow ani parkow, bo nie bylo czasu. Wyjazd zaplanowany byl na 16. Udalo nam sie zaliczyc Dom Hundertwassera, o ktorym wikipedia mowi, ze jest jednym z najslynniejszych dzieł architektonicznych Friedensreicha Hundertwassera, wybudowanego w latach 1983-1985 przez architekta Josefa Krawinę. (Blozek Kaja uczy i wychowuje!) Mozna nawet powiedziec, ze bylysmy w srodku, bo na pierwszym pietrze znajdowala sie mala kawiarenka, do ktorej poszlysmy razem z CM (najlepsza bita smietana + tort czekoladowy + kawa ever). O dziwo obylo sie bez typowo babskich rozmow. Przy ciachu snulysmy plany dalekiej przyszlosci, studiow, pracy, kariery (NIE - mezczyzn, malzenstw i milosci. Lubie to!), przez co zaczelam znowu sie nad nia zastanawiac. Ale o tym moze innym razem. 
To, co udalo nam sie jeszcze zwiedzic to (podobno tez) typowy dla Wiednia "Liliputbahn czyli liliputowa kolejke (Michal opowiadal o tym jakies ciekawe anegdotki, dotyczace studenckiego zycia i imprez, ale niestety nie bylam w stanie sluchac, upita piwem i czarnymi oczami Tiago). Liliputbahn jest czescia Wesolego Miasteczka, ktoro jest otwarte przez caly rok. 
I to wlasnie jest moj ulubiony moment, wspomnienie z Wiednia. Nie Tiago. Nie Sachen Torte. Ale wlasnie ten sloneczny, kacowy, niedzielny spacer po wesolym miesteczku. W powietrzu unosil sie zapach cukrowej waty, frytek, wakacji. 

Wyjazd byl zdecydowanie za krotki. Zdecydowanie bylo warto. Uwielbiam moja hipisowska rodzine Masazystow (ktora, tak naprawde nie jest MOJA rodzina. Ale czasem pozwalaja mi sie czuc tak, jakby jednak tak). Uwielbiam mmz, Tiago. Uwielbiam slonce, zdjecia i klimat, cisze Wiednia. 

Uwielbiam moje zycie, czasami. 



Widok z balkonu u Michala. (w dól i w góre)



Wejscie do kamienicy.


Najgorsze piwo swiata.


Efekty picia najgorszego piwa swiata.


Dom Hundertwassera.




{2}

28 marca 2011

Okej. Let's be honest. 
Probowalam stworzyc sliczna, madra i edukujaca moich czytelnikow notke. Wkleic kilka cytatow z wikipedii i dorzucic ze dwie daty. Uwienczyc zdjeciami. 
Ale NIWUJA! Jest koncowka niedzieli, jestem zmeczona po calym tygodniu nicnierobienia robienia wielu, waznych rzeczy oraz mysleniu nad tym, jak zbawic swiat. DZIS NIE BEDZIE MADREJ NOTKI. Bedzie zupelnie zwykla i kajowa. 
Spedzilam kilka ostatnich dni na udawaniu madrej (to przez to, ze ci Nowi Ludzie [Tiago, Kudlaty, Sara, Ana] - wszyscy to jacys szaleni naukowcy, studenci fizyki, biologii i innych scislych przedmiotow). W czwartek nawet postanowilam odkurzyc swoje wielkie, nerdowe okulary i wyjsc w nich do ludzi, zeby wzbudzac wiecej respektu. Niestety dalam dupy juz po 10min. 
W drodze na spotkanie czlonkow strony ToyTown, czyli wlasciwie wszystkich anglojezycznych, ktorzy przebywaja w Monachium i maja internet.
Tiago : Oooo, widze nowy Hipster - style!
Kaja : Tak, chcialam wygladac madrzej. 
5min pozniej, mijamy TEN plakat, mowiacy "Fukushima mahnt!".
Ana : Mamy pelno tych plakatow u siebie w biurze, to chyba o jakims evencie.
(glowa Kaja ruszyla - event = impreza [NIE event = wydarzenie]. znaczy sie, ze pewnie znowu plakat reklamujacy jakis nowy klub, czy cos, w koncu wszedzie jest ich pelno w Munchen, miescie studentow)
Tiago : Co to znaczy "mahnt"?
Kaja (drwiacym tonem) : A co to znaczy FUKUSHIMA? :D 
Tiago : Mozesz juz zdjac te okulary..

Impreza mimo wszystko sie udala, odstep Tiago ode mnie wynosil mniej niz 30cm, dotknal mojej reki ogladajac paznokcie i powiedzial, ze moje buty maja ladny, niebieski kolor (mysle, ze to juz chyba milosc!). Na piatek zaplanowany mielismy clubbing (tak, wiem. ZNOWU w jednym zdaniu pojawiaja sie slowa "klub" i "Kaja". Moje zycie staje sie takie szalone!). Poszlam, bo byl to ostatni dzien mmz w Monachium, w sobote wylecial na tydzien do Portugalii. Kilka razy zagadywal do mnie w dyskotece, ale tak naprawde nie slyszalam nic poza muzyka, wiec moje reakcje ograniczaly sie tylko do usmiechow, spojrzen w oczy i "yeah". 

Tiago : KAJA KOCHAM CIE.
Kaja : YEAH!

W sobote wybralismy sie na Starkbierfest, o ktorym zreszta miala byc dzisiejsza notka, ale czuje sie na nia zbyt zmeczona, wiec stworze ja na dniach. Obiecuje ze bedzie madra i bogata w fakty historyczne. Przynajmniej dwa. 
Wieczorem wspieralam zlamane serce CM, ktora stawiala dryna za drynem. Strasznie padalo, wiec nie moglysmy za bardzo wybrzydzac podczas szukania baru, weszlysmy do pierwszego lepszego, ktory - jak wnioskuje po tlumie w srodku, jego lokalizacji (tuz przy glownej ulicy) i cenach (7€ za drinka) do najgroszych nie nalezal. CM najpierw zamowila Swimming Pool, a ja Mai Tai. Dopiero pod koniec picia Aga powiedziala, ze to dziwne, ze mam aparat a nie zrobilam zdjec!; ja uderzylam sie z liscia w czolo, uwiecznilam dwie puste szklanki i zamowilysmy po nastepnym. Tym razem CM wybrala sobie White Cloud, a ja Scorpione, ktory byl o wiele gorszy niz Mai Tai. Co nie zmienia faktu, ze obie bylysmy juz w dosc wesolym nastroju. Przy stoliku obok siedzialo trzech facetow, wyjetych zywcem z filmu Porno dla gejow. Jeden mial biala skorzana kurtke, a trzeci wlosy na zel obcisly cardigan. Nie moglam powstrzymac sie od smiechu, co tez oni chyba wzieli za podryw, bo drugi wychodzac wcisnal mi w dlon swoj numer telefonu. 
Podczas drogi do domu NATURALNIE okazalo sie, ze mam jeszcze 40min do pociagu, wiec standardowo przeszlam sie po Marienplatz. Zaczyna byc cieplo, nie moge sie juz doczekac, az moj Grajek zacznie sezon i zamiast blakac sie pomiedzy wystawami sklepowymi, bede mogla stac i sluchac jak pijackim glosem spiewa piosenki Beatlesow. 

Dzis dostalam propozycje sesji zdjeciowej na niemieckiej stronie lokalisten.de, przypominajacej mi bardzo nasze grono.net. Niestety nie spelnia ona swojej pierwotnej funkcji serwisu spolecznosciowego, a bardziej randkowego. W zeszlym tygodniu zostalam zaczepiona przez jakiegos niemca tekstem "Czesc, czy masz ochote spotkac sie na niezobowiazujacy seks? Masz fajne cycki". Teraz natomiast jakis fotograf-amator zaoferowal mi shooting i powiedzial, ze placi 70€ za godzine. Bardzo jestem ciekawa o co w tym chodzi. 
Oprocz tego, oficjalnie oglaszam, ze przegralam walke z pralka, ktora zepsula sie nam 2 tygodnie temu. Probowalam to lekcewazyc, wierzac, ze jak pralka zobaczy ze nie dam sie zastraszyc, zacznie znowu pracowac. Ale NIE. Dzis poleglam i musialam uczynic reczne pranie. Czulam sie jak prawdziwa Pani Domu. Szkoda tylko, ze nikt mi nie powiedzial, ze ciemne ubrania maja w zwyczaju farbowac te jasne NIE TYLKO W WYSOKICH TEMPERATURACH. Oj tam oj tam. Bialo - szara bluzka tez moze byc. Za to jak pachnie. 

Zebyniebylo, uwiencze notke bardziej madrym tematem. Mianowicie od Wiednia (czyli juz tydzien, a to dosc dlugo jak na moje warunki umyslowe) coraz czesciej zastanawiam sie nad podjeciem jakiejs nauki. Szkoda tylko, ze do Polszy sie nie wybieram (chociaz serce peka i SIE TESKNI, to jednak mimo powrotu do domu jakos nie widze), studia w USA czy WB to koszt kilkudziesieciu tysiecy za rok, a studia w Niemczech sa.. well. PO NIEMIECKU
Ale to jeszcze daloby rade przetrawic. Bardziej boli mnie to, ze nigdy nikomu nie powiem, CO tak naprawde by mnie interesowalo. A tymbardziej nigdy sie na to nie dostane. 
I tak, jak to moja mama dzis powiedziala "Stracilam juz nadzieje, ze kiedykolwiek bedziesz pracowala mozgiem. Moze pokaz te cycki za 70€, wykorzystaj to, co masz!" albo Tiago kilka dni temu "If I didn't know better, I'd think you just had some very serious THOUGHTS. Your face just looked so serious! But don't worry, you're still cute. Awww, don't be sad! We love you!" (btw. gdyby ktos nie zauwazyl - WE LOVE YOU!), zastanawiam sie nad ta sesja. 
Nie to, ze sie uzalam, po prostu ostatnio coraz wiecej ludzi spisuje mnie na straty. Generalnie mam na to jak najbardziej wyjebane, bo swoje wiem i czuje, ze nic zlego i tak mnie w zyciu nie spotka. Ale TO, w polaczeniu ze snami w ktorych a) jem hamburgera i rzygam, b) jem ciasto czekoladowe, placze i budze sie w srodku nocy c) moja prababcia mowi mi "ale jestes tlusta. PRZESTAN JESC!" - jakos nie dziala na mnie zbyt budujaco. 

Anywho. Od dzis zostal rowny miesiac do Wielkanocy. Cisne dalej z basenem i niejedzeniem wegli, moze uda mi sie NIE uslyszec od Dziadka "Poprawilas sie na buzi, wnusiu!". Juz nie moge sie doczekac polskiego imprezowania z Wami. 
Kaja do CM, wczoraj : Wiesz.. jednak te biby tutaj to nie to samo. Kazdy wypije po lampce wina, albo piwo, dwa, i tyle, i po imprezie. Co oni wurwa, pija dla SMAKU? A my, Polacy to jednak inaczej. Chleje sie ile sie moze, przez pol nocy.. A rano piwo na kaca. I TO ROZUMIEM!


Resztka Mai Tai i Swimming Pool


Scorpione a w tle Biala Chmura CM


Tlum w barze o nazwie "Roxy" (CM stwierdzila ze tak powinien sie nazywac burdel, a nie Coctail Bar)


Mialysmy szczescie, bo upolowalysmy stolik tuz przy oknie, wiec widzialysmy ulice i przechodniow. Poniewaz bylysmy w centrum, w dzielnicy dyskotek i mlodziezowych barow, co chwila przejezdzala jakas limuzyna. Jedna byla rozowa, ale nie zdazylam jej uwiecznic :D 


Deszczowy Stachus. Chlopak, ktorego widac po prawej zapytal mnie o droge do jakiegos baru. Niestety nie okazal sie miloscia mojego zycia, tylko NAPRAWDE byl zgubiony (katem oka widzialam jak za chwile spytal kogos innego).


Najwiekszy McDonalds w Mjunichu, miejsce spotkan wszystkich ludzi. Nie jestem pewna, ale wydaje mi sie, ze jest otwarty 24/h, bo nawet Sara ostatnio mi opowiadala, ze z Tiago przegapili tramwaj o 3 i musieli godzine czekac na nastepny.



Najtrudniejsza prosta, ktora zawsze strasznie mi sie dluzy. Na koncu po prawej jest moj dom, ale kiedy tak idziesz od metra w srodku nocy i nogi ci sie placza, wydaje sie to dystansem kilkukilometrowym. Najczesciej slucham wtedy muzyki, macham rekami, ruszam ustami (raz sie zdarzylo, ze mnie ponioslo i zaczelam spiewac, ale AKURAT WTEDY musialam kogos spotkac) i udaje, ze jestem w teledysku, albo jakims musicalu. Wczoraj sluchalam "Defying Gravity" z Glee. 

Jutro rano mam spotkanie z doradca zawodowym, czy jak to sie tam nazywa. Powiem, ze chce zostac prezydentem i zobaczymy, co mi DORADZI. (Dorada, to btw. moje ulubione piwo z Wysp Kanaryjskich. Ot, ciekawostka, jednak I still got it i umiem zrecznie zakonczyc notke!)


{3}

29 marca 2011

Wczoraj na 11:00 (+20min spoznienia) mialam termin u Pani Frau z Urzedu Pracy. Tym razem zupelnie nowy wydzial, oddzial i tematyka. Od kiedy ostatnio powiedzialam Herr Szoferowi, zeby sie wypchal, NIE BEDE stac na zmywaku bo mam wyzsze aspiracje (prezydent swiata conajmniej) i ze chyyyyba bym sie cos pouczyla.. - troche zwolnil z wysylaniem mnie na przerozne i dziwaczne rozmowy (nie zapeszajac, tfu tfu!) i umowil mnie z Pania od Ausbildung i Pania od Studiowania
Pani od Ausbildung byla bardzo mila, nie krzyczala na mnie za spoznienie i powoli tlumaczyla mi jak to generalnie dziala. Te Szwabskie dzieci maja przesrane, ja wam powiem. Duzo wyborow we wczesnym wieku i nie ma przebacz. Jak juz raz zdecydujesz, ze idziesz do do Realschule - jestes skreslony ze studenckiego zycia. 


Poniewaz my, Polacy jestesmy madrzy, piekni i zajebisci (zwlaszcza JA) i wiekszosc z nas ma mature (NAWET ja!), mozemy bez przypalu w Niemczech studiowac (gdybysmy chcieli). Taka CM natomiast, przyjechala tu w wieku lat 13 i ze swoim niemieckim rodzice wcisneli ja radosnie do Realschule. I teraz moze albo robic Ausbildung (co, jak mi wytlumaczyla Pani Frau WCALE nie oznacza nic zlego) tu, albo wyjechac na studia za granice (tak jak zreszta planuje). 
Ausbidung trwa od 2,5 do 3 lat (aczkolwiek widzialam tez jakies specjalistyczne, ktore moga trwac od 4 do 6). Mozesz wybrac Betriebliche Ausbildung, ktory najprosciej mowiac oznacza Praktyke i zarabianie pieniedzy + nauke. 4 razy w tygodniu idziesz do pracy (gdzie z reguly sie obijasz i jestes przydupasem doroslych ludzi [chyba, ze tak jak Grek z gory pojdziesz na rzeznika-wedliniarza - wtedy stoisz i kroisz szynke]), a 1 raz w tygodniu masz zajecia w szkole. 
Druga opcja jest Schulische Ausbildung, czyli regularna nauka, sprawdziany etc. 
Pani Frau powiedziala, ze wiekszosc mlodych ludzi w Niemczech decyduje sie na Ausbildung, bo moga szybko zaczac byc samodzielni i zarabiac wlasne pieniadze.
Wybor "kierunkow" jakie mozesz obrac jest dosc okrojony i ogranicza sie do bardziej "technicznych" ze tak powiem zajec. Informatyk, Sprzedawca, Jubiler, Konstruktor organow koscielnych, Elektronik, Konstruktor zegarkow, Konstruktor termometrow (moj ulubiony chyba), Cukiernik, Szklarz, Stolarz, Budowniczy Lodzi. ALE, zeby nie bylo, widzialam tez opcje Dietetyk, Dentysta, Logopeda, Chirurg. Do tego multum opcji "Asystent (..)" i w miejsce nawiasu wchodzi zawod. Niestety nie wpadla mi jeszcze w oczy propozycja Asystenta Prezydenta, wiec chyba jednak z Ausbildungu zrezygnuje. 

Spotkanie z Pania Frau od Studiow mam dopiero w przyszly wtorek. Wtedyto dowiem sie prawdopodobnie, ze jestem debilem, moj niemiecki jest beznadziejny, albo w ogole go nie ma, a do tego i tak sie nie dostane, bo jestem ruda (a rude to falszywe). Oh well. 

Facet od sesji przestal sie odzywac. Zegnaj 70€ za cyca. 


{4}


wiecej








Tweets by @kadinaja