04 grudnia 2011

Nie radze sobie z HTML. Nic mi sie nie podoba. Niby grudzien, a 11°C i wielki wiatr. W nocy troche kropilo. Jaram sie dzisiejszym koncertem Adriana na Tollwoodzie, mozliwym Lubelskim spotkaniem z Bzu i 99% pewnym warszawskim hangoutem z Lu. Tak, to sa wlasnie rzeczy, ktorymi sie jaram. No i jeszcze salata z rukoli, ktora wlasnie plucze moja Mama. 


Znalazlam dzis rano na kompyterze (swoja droga - dlaczego mowi sie NA kompie? A nie W kompie?) filmik, nakrecony chyba z 1,5miesiaca temu. Kaje bolal brzuch, wiec pochlonela niezliczone ilosci niemieckiego ibuprofenu. Nie zeby to KRAJ PRODUKCJI leku mial jakiekolwiek znaczenie. Tylko tak sobie wspomnialam.
Po owym ibuprofenie troche mialam zachwiania mozgu, widzenia, zachowania, wszystkiego. Rece jakies takie byly leiste, niemoje. Nog to w ogole nie czulam. Stodulski drwil sobie ze mnie i postanowil to uwiecznic. 
Poniewaz sama mam niemale problemy ze zrozumieniem swojego mamrotania w owym videle, pytam Was, drodzy czytelnicy. 
Minuta 1:56. Jestem whirpoolem? Jestem chujem?
NIE MAM POJECIA. 

Niedzielnie pozdrawiam. 
Wasza Kesza. 

{5}

10 grudnia 2011

  Won't Let You Leave by holytrinity

Wszystko jest lepsze, niz wypracowanie na niemiecki. 

Budzik zadzwonil o 10:05 i od tamtej pory PROBOWALAM wyjsc z lozka. Najpierw sila woli, patrzac tepo w sciane i myslac o swojej przyszlosci, ktora - wiadomo - bedzie blizsza/przyjdzie szybciej, jesli tylko sie RUSZE, chwyce za odkurzacz, zrobie kawe, zajme sie rzeczami z listy. Bo mam dzis TYLE DO ZROBIENIA. Niestety sila woli nie byla wystarczajaco silna, postanowilam wiec siegnac po laptopa. 
I tak siedzimy. Mimo tego, ze dosc mocno naciska na moj pelny pecherz - twardo wbijam cialo w poduszki, za wuja nie wyjde z lozka! Jodeeerrr, jestem leniem smierdzacym. 

Szybka apdejta. 

Po pierwsze chcialabym z tego miejsca oznajmic, iz Moj Klocek skonczyl wczoraj dwa lata, a mnie przy niej nie bylo (wiadomka - ona ma na to rowno wyjebane, bo byla przeciez Mama i Papa, i Oma, i druga Oma, i Opa i pewnie jeszcze ze trzy sasiadki!). Czemu natomiast nie bylo Kai? Prezent przeciez kupilam juz chyba 3 tygodnie temu, lezy opakowany na mojej bialej szafeczce, czeka na wreczenie. Coz takiego moglo stanac na drodze mojej i Klocka urodzinowej milosci? ANO JUZ WAM MOWIE.. 
Dopadlo mnie wielkie i paskudne chorobsko; na tyle paskudne, ze leze wieczorami w lozku z goraczka i majacze. Gardla nie mam, zapomnialam juz jak brzmial moj piekny glos. Wechu to nie mam za chuja, za przeproszeniem. A zreszta, co sie bede przepraszac. Chora jestem i zbuntowana, moge sobie przeklinac do woli. 
Dzis sobota, wielka impreza @ Becca, Stodulak - wiadomka - jara sie i chce isc, "Kaja, przeciez ta Becca to jest taka spoko, nie? Ej wez, chodzmy!". A ja nie powiem, poszlabym, ale wurwa nie mam sily! 

Tyle w kwestii uzalania sie nad soba. 
Druga kwestia jest o tyle wazna, ze dotyczy interakcji z Wami, drodzy (zwlaszcza lubelscy) czytelnicy. Wiem, ze to moze Wam wydac sie glupie, ale zaczynam planowac JUZ TERAZ (w miare mozliwosci) swoj pobyt w Polszy. Przyjezdzam tylko(?) na 10 dni, z czego - nie oklamujmy sie - przynajmniej 4 to beda Swieta. Dlatego oglaszam wszem i wobec : 

ODZYWAJCIE SIE DO MNIE.
Fejsujcie, mejlujcie, SMSujcie, mozecie nawet wiadomosci na Gadu Gadu zostawiac (btw. kto tego jeszcze uzywa?! Poza mna oczywiscie ;). 
Chce zaliczyc jak najwiecej przyjaznych mordek podczas tych 10 dni, zwlaszcza, ze nastepny raz prawdopodobnie przyjade dopiero w jakims kwietniu, maju, czy sierpniu. Takze dawajta znac. Ja tu jeszcze wklejom zdjecie Klocuszka, z wyrazami milosci i tesknoty za jej piekna buzia. 



Nie caluje, bom chora. 
Pozdrawiam, 
wasza Chin. 

{6}

15 grudnia 2011


 Ten filmik wywouluje u mnie dreszcze i potoki lez splywajacych z oczu. Ingrid Michaelson sie wyrobila, sprzedala bilety na Holiday Hop w ciagu 2(!) dni, a na sam koncert nalozyla 10cm shiny szpilki. Nie wiem co sie dzieje, ale podoba mi sie to! 

Czuje swieta. Od wczoraj biegam po sklepach, kupuje prezenty i zbieram pomysly. Naturalnie najlepszym pomyslem zawsze sa slodycze, ale ilez mozna tuczyc ludzi? Kiedys moj mozg lepiej ze mna wspolpracowa, bylam Gift Whisperer. Teraz jakos idzie jak po grudzie. Cholera. 

Dodatkowo chcialam przypomniec, ze zbieram zamowienia na siebie. Wiem, ze niektorym moze sie to wydawac glupie, bo jak bardzo moge byc zajeta? Ale wlasnie zalezy mi na tym, zeby wszystko ladnie i plynnie zorganizowac. Dlatego wrzucam Wam moj wstepny pobyt w dniach 10. Wszystko, co zapisane na niebiesko jest fest i nie bardzo da rade to przelozyc. Czarne rzeczy sa wstepne. Do tego wszystkiego dochodza jeszcze wizyty u dentysty, przedswiateczny shopping etc. Dawajta znac jak tez Wam czegos trzeba, mozemy uderzyc w Plaze razem :) 




{7}

21 grudnia 2011

Sooo, Ke$ha. How's Poland treating you? 

Kaju, schudlas : 2
Kaju, przytylas : (teoretycznie niewypowiedziane na glos, ale zasugerowane w taki spodob, ze nawet JA zrozumialam podtekst) : 2/3
Spoko buty! : 0
Jezu, ale chujowe buty : 2

Na razie tyle. Jestem tu zaledwie od trzech dni, ale coraz bardziej sie wdrazam - wtlaczam. W niedziele rano jedyne na co mialam ochote to wejsc w (rozpakowana) walizke i wracac spowrotem. Zdazylam spotkac sie juz z Piekarzem i jej ciocia Doris. Impreza = Sto procent kobiecosci. Paznokcie, maseczki, ruski szampan i walenie glowa w stol. Bylo pysznie. 

Zobaczylam sie tez z urocza Katarzyna o idealnych wlosach (tak! Nawet po zdjeciu czapy nie zmienilam zdania!). Lublin uraczyl nas dosc przyzwoitym czerwonym grzancem (z pomarancza przypominajacej wygladem ludzka, zakrwawiona tkanke) i sniegiem. Tak tak, zasypalo nas (co prawda dopiero dzien PO moim spotkaniu z Bzu, but still! Jestem pewna, ze mialysmy na to duzy wplyw!) i to calkowicie. Troche mi to nie na reke, poniewaz udowodnilo to tylko moja teorie, ze (uwaga) BUTY EMU PRZEMAKAJA. Nie wiem, czy to kwestia marnej jakosci impregnatora, czy po prostu mojego pecha, a moze to lubelski snieg jest nie do zdarcia.. ale buty sa mokre, a co za tym idzie, skarpetki i stopy tez. Nie lubimy. Dislike. 

Jutro czeka mnie szalona wyprawa do stolicy. Zamierzam kontynuowac swoja lucky passe w poznawaniu ludzi z internetu. Pakuje w torebke aparat, krople na kaszelek (pozdrawiam ludzi z busa), chusteczki chigieniczne i swoja niemiecka ksiazke o Gold Diggerach w XX wieku i jade. Jade do Luizy. Moze mnie nie zabije! 

Tymczasem zarzuce Was jeszcze Najpiekniejsza Piosenka Swiata i odchodze. Sniadanie u swojego Przydupasa, Jacka Zet. Jakze ja sie za nim stesknilam! 


Pozdrawiam i caluje Swiatecznie,
wasza Kesza. 

{7}

24 grudnia 2011


Wesolosci! 

{1}

28 grudnia 2011

3:30am - Umieram. Kto wymyslil odjazdy o tak pojebanych porach? 5 rano, dworzec PKS. Wiadomka, to juz brzmi lepiej. Ale wstac przed 4 trzeba. Jakies dopakowywanie walizki, jakas herbata, jakies tabletki na kaca. Ma-sak-ra! 

10 dni w Polszy (w okresie swiatecznym) to za malo. Nie wyrobilam sie z niczym, nie mialam czasu spotkac sie chyba z trzema osobami, z ktorymi spotkac sie chcialam. NIE LICZAC Warszawy i Lu&Re (tak, dalam dupy). Z waznych rzeczy udalo mi sie zalatwic dentyste i grubsze zakupy w Tesco (ach, polskie produkty, ktorych nie ma w Germanii!). Co prawda wciaz jeszcze nie udalo mi sie upolowac bulki "dupy" dla Artura (WTF?), ale licze na warszawskie spozywczaki o 8 rano. 

Swieta, swieta i po swietach. Jak zwykle obzarstwo mnie zabilo. Nie tyle wigilijne, czy nawet bozonarodzeniowe, co np. szczepanowe. Zawsze jakos dojadanie tzw. "resztek" jest dla mnie najbardziej niebezpieczne. Babcie napychaja mi lodowke tym, co im juz w domach zawadza i tak oto po powrocie z mocno nakrapianego wypadu "na miasto", rzucam sie na pasztet, czy boczek z cwikla. Wstaje rano i sama czuje sie jak jeden wielki boczek. Fujcia. 

Mam takse za 23minuty. Czas na herbe z mieta (jak wyzej. Boczek z klopsem o 1am zabijaja mnie od srodka) i panikowanie, ze walizka jest za ciezka. Wlasciwie to nie ma sie co dziwic, skoro PRZYJECHALAM z 21kg, a teraz jestem bogatsza o miliard balsamow do ciala, alkoholi, jedzenia i innych pierdol. Jak na moje oczko to bedzie z 25kg jak nic. Oh well. Zostawiam Was z moim najnowszym Ohrwurmem (danke Piekarz, danke Kozi!) i ide sie jeszcze na chwilke polozyc. Na minutke, no.


{5}

31 grudnia 2011

Wiadomka. Jak na bloga przystalo - czas na podsumowanie zeszlego roku. Pamietam, jak pod koniec 2010 myslalam sobie "Zawsze szczescie pojawia mi sie w zyciu w kratke. Jeden rok na plus, drugi na minus. 2007 wielkie zalamki i czarne momenty, 2008 pierwsza milosc. 2009 deprecha. I tak dalej." 2010 byl wypelniony tak zajebistymi miesiacami, ze z gory zalozylam, ze 2011 mnie do/zabije. Zrezygnowana czekalam na jakies trzesienie ziemi, smierc albo inny kataklizm, ktory zatrzesie moim swiatem. O dziwo, nic z tych rzeczy nie nadeszlo. Z lekkim sercem i czystym sumieniem moge powiedziec, ze zla passa jest definitywnie ZA mna. 

Chociaz prawdopodobnie bedzie to troche trudne, sprobuje podsumowac 2011 kilkoma zdjeciami,
 haslami i (o ile sie da) piosenkami : 

**

STYCZEN: 
Glee - Somebody to love

Zapisalam sie na Prawo Jazdy. Pierwsze momenty w samochodzie, platoniczne zauroczenie Florinem i 99% wolnego czasu spedzane pod koldra. Troche przemeblowania i moja wlasna interpretacja mapy swiata. A, no i zaczynam chodzic na basen (jestem szprotka!).



LUTY: 
Glee - Defying Gravity 

Tak jak sobie patrze (co ja pacze?!) w archiwa, to highlightem februara byla poczta polska/deutsche post. Bananowa paczka Leticii (ktorej przeznaczeniem bylo zostac moim prezentem pod choinke) + pierniczki od Duszka. No i Oscary. Ja w zoltej kiecce, pyszne driny, przekaski i zakaski. Plakalam patrzac na zwyciestwo Natalie Portman. 
+ zaczynam (wstepnie) pracowac u Klocka.



MARZEC: 
Alisan Porter - For us (!)

Wiadomka, moje paczunie, Fasching (karnawal) i wyjazd do Wiednia. Niemniej jednak punktem zwrotnym, ktory zawazyl na CALYM 2011 byl 5.03 - spontaniczne wyjscie do Shamrocks i poznanie najlepszej grupy przyjaciol ever. Wszystkim hurtem. Tiago, Sara, Heather, Andre Kudlaty, Ana Gavina.. itp. Jestem przewdzieczna i przeszczesliwa, ze ich poznalam. I chociaz czesc z nich niestety juz opuscila piekne Monachium - wiem, ze wiekszosc pozostanie w moim sercu i pamieci na zawsze. (alez sie zrobilo ckliwie. No ale, taka prawda!)
Ach, no i staje sie Miss Fukushima ;) 



KWIECIEN: 
Glee(!) - Poker Face 
Ingrid Michaelson - Turn to stone

Starkbierfest! Duzo imprez, duzo milosci do ludzi z ToyTown (przeze mnie nazywanych "Nowi Przyjaciele"), duzo alkoholu. Bardzo ladna, ciepla pogoda - pikniki w Englische Garden, BBQ nad Isara, domowki w ogrodku Dietera (Justina Timberlake'a). Jestem nazywana Ke$ha, Chin, Chardonnay, Agnieszka, Miss Fukushima. Uwielbiam to. 




MAJ: 
(urodzinowe) Allie Moss - Corner (for Kaja)

Wybucha moja milosc do teatru (warsztaty!), Marene, cupcakes i (wstepnie) do Artura. Troche krece z niemieckim Simonem. Zaczynam biegac. Coraz bardziej uwielbiam Tiago & reszte. You are my sunshine. Plus Ding Dong, Bamberg, WHAAAT?! 





CZERWIEC:
Rosi Golan & Greg Holden - Untitled (The Doubt)

Poznanie mojej najstarszej internetowej kolezanki z Florydy, czyli Hannah Patterson. Rozmyslania o Teneryfie. Pozegnalne imprezy z Sara i Heather. Ostatnie (dla nich!) karaoke. American Party u Justina Timberlake'a. Coraz ciekawiej rozwija sie moja i Artura znajomosc, az strach sie bac!




LIPIEC:
Metronomy - Corinne
Lady Gaga(!) - Marry the night
Late Again - Lubelski Klubbing :D 

Tata Szoszon przeprowadza sie do Monachium. Pani Endokrynolog stwierdza, ze mam niedoczynnosc tarczycy i to dlatego jestem wielorybem. Zaczynam kolejny kurs niemieckiego. Kocham Klocka. Duzo imprez w plenerze, poznanie Alexa, zimny Helles na Odeonsplacu nasza polsko-niemiecka codziennoscia.



SIERPIEN:
Allie Moss - Dig with me
Ingrid Michaelson - Disaster
Allie Moss - Leave it all behind (!!!)

Koniec lipca/poczatek sierpnia - Londyn. Znowu best times ever. +Brighton. Pozniej Piekarz w Monachium. Pijacka wycieczka do Zoo. Moja Arturowa milosc rozkwita w sekrecie przed calym swiatem. Kazdy weekend = najebunda na Pasingu. Czujemy sie wszyscy "jak w rodziniiieeee..". Dopiero teraz (mimo kursu) - wakacje pelna para. Odwiedza mnie Diana, kolezanka animatorka z Teneryfy. +Czytam swoja pierwsza, niemiecka ksiazke *dumny*






WRZESIEN:
The Decemberists - Rox in the Box(!)
Edward Sharpe & The Magnetic Zeros - Home is whenever I'm with you (!)
Allie Moss - Make your move

Artur, Pasingu, rowerowe wycieczki, tygodniowy pobyt w Polszy, Oktoberfest, weekendowe Chiemsee. Zaczynam skrecac papierosy i wymienilam struny w swojej archaicznej gitarze. 



PAZDZIERNIK:
Capital Cities - Safe and Sound

Zamieniam sie w domowa kure - szarlotka, tiramisu, ziemniaczane placki itd. Obcinam moj ogon. Glosuje na Palikota (:D). 


LISTOPAD:
Ingrid Michaelson - Ghost

Raczej nic ciekawego. Zabieram Artura na Olimpijska wieze. Zakladamy sie o koniec Facebooka (ja wygrywam). Chodzimy na basen. Andrzejkowo bawimy sie na Pasingu (Adrian i reklama koreczkow). W Thanksgiving zabieram go (Artura, nie Adriana :D) na spotkanie ToyTown, gdzie wreszcie oficjalnie poznaje Tiago, Ane Gavine i reszte. 




GRUDZIEN:
Ingrid Michaelson - In the bleak midwinter
Ingrid Michaelson - Somebody that I used to know (Gotye cover)

Wlasciwie caly grudzien stoi u mnie pod znakiem choroby. Klocek konczy dwa lata. Ja jaram sie swiatecznym czasem i smaze dla Artura watrobke. Slucham Ingrid (cos nowego!). Endokrynolog stwierdza, ze jod nie dziala, wiec czas przejsc na hormony. Wzruszam ramionami i mysle "Anything, zeby tylko stac sie bardziej chuda!". Lubelskie sniegi, wizyty i wyczekane swieta. Poznanie Bzu i niepoznanie Luizy (#fail). +Jedna z najwazniejszych nocy mojego zycia. Po 3 latach - totalne oderwanie sie od przeszlosci. Silent Disco.


***

Wiem, ze notka dluga, ale potrzebna. Dla leniwych, w duzym skrocie - 2011 byl zajebisty. Ulubione miesiace to zdecydowanie kwiecien, maj, sierpien, wrzesien. I pierwsza polowa pazdziernika. Posumowanie w piosenkach tutaj. I tyle. Szampanskiego Sylwestra, kochanji! 


{4}


wiecej








Tweets by @kadinaja