01 listopada 2010

pięć minut temu na gg:

kaja
zachowujesz sie jak baba;ppp
art
kurwa
art
wkurwic sie nie mozna?
art
mi chodzilo ogolnie o twoje NIE JARZENIE
art
a nie o ten londyn juz
kaja
czyli o co
kaja
bo nie rozumiem


pół roku temu :

Kaj - Artur dzis powiedzial, ze najbardziej mu sie podoba, ze ja nigdy nie wiem o co chodzi i ze to takie cute.
Mama - a o co chodzilo?
Kaj - no nie wiem..



// takie życie. zrobiłabym z tego demota, ale brakuje puenty. joder...

{1}

02 listopada 2010



We both had done the math. Kelly added it all up and... knew she had to let me go. I added it up, and knew that I had... lost her. 'cos I was never gonna get off that island. I was gonna die there, totally alone. I was gonna get sick, or get injured or something. The only choice I had, the only thing I could control was when, and how, and where it was going to happen. So... I made a rope and I went up to the summit, to hang myself. I had to test it, you know? Of course. You know me. And the weight of the log, snapped the limb of the tree, so I-I - , I couldn't even kill myself the way I wanted to. I had power over *nothing*. And that's when this feeling came over me like a warm blanket. I knew, somehow, that I had to stay alive. Somehow. I had to keep breathing. Even though there was no reason to hope. And all my logic said that I would never see this place again. So that's what I did. I stayed alive. I kept breathing. And one day my logic was proven all wrong because the tide came in, and gave me a sail. And now, here I am. I'm back. In Memphis, talking to you. I have ice in my glass... And I've lost her all over again. I'm so sad that I don't have Kelly. But I'm so grateful that she was with me on that island. And I know what I have to do now. I gotta keep breathing. Because tomorrow the sun will rise. Who knows what the tide could bring?

Ej, wiem, że to głupie. Ale ten film zawsze wprowadza mnie w stan tępego patrzenia w ścianę, popijania białego wina i płaczu. Niepohamowanego, oczyszczającego płaczu. To, i Closer, i Holiday, i Contact, i mnóstwo innych. Chociaż nie, piergolę. WCALE nie mnóstwo. Tych 'dobrych' filmów jest garstka. I rozwalają mnie za każdym razem w trakcie (albo i nawet przed) końcowych napisów.

Poza tym kocham Alana Silvestri. Może to kwestia skrzypiec, może piana. Umieram.

// dużo (?) czasu w starym gronie, "Barty, Hubi, Kaja i piosenka o Maxie" i te sprawy. Jest dobrze jest, dobrze jest. Prawo jazdy w Polszy już niedługo, biorę pod uwagę jakieś 2-3miesiące. Słabe to. Bo kiedy jestem TU, nie chcę TAM. A kiedy jestem TAM, nie do pomyślenia jest bycie TU. Płaczę.

{0}

08 listopada 2010



Jestem STRASZNIE szczęśliwa, szczerze mówiąc winię szarlotkę. Babcia wcisnęła we mnie chyba z pół kilo. A tam wcisnęła, sama wtrząchnęłam (wtrząchłam?). I nic mi tego humoru nie zepsuje. No-si-mnie.

*

I jego iście rozbrajający KRETYNIZM też nie. Joder. Wiem jak przekonać kogoś, że go kocham, wiem jak to jest walczyć z oporami i okazywać, że mi jednak zależy. Wiem, bo już to robiłam. Mam natomiast ZEROWE pojęcie o okazywaniu komuś, że go NIE. Kocham. To śmieszne, ja wiem. Myślałam, miałam nadzieję, że to unikanie się to wynik jakichś resztek żalu, albo gniewu. Okej. Ja rozumiem, ludzie się rozstają w różnych sytuacjach, atmosferach. I wiem też, że czas leczy rany, więc czekałam. Moje się zagoiły. Myślałam, że dwa lata to aż NADczas, ale stwierdziłam, że warto. Jeśli normalność jest ceną. Normalność rulez, utęskniona normalność.
A tu się jednak okazuje, że gryzłam temat ze złej strony.
Bo oto CO się okazuje.
Jego podwyższone śliczną dziewczyną (nową, odmienioną o minus 20kilo) ego go, niestety, przerosło. No i tak to my nigdzie nie dojdziemy, mój przyjacielu. Jeśli ktoś ma odwagę nie dość, że MYŚLEĆ, to jeszcze głosić tezy o tym, że wystarczy (jego) jeeeden gest, a serce drgnie, ledwo drgnie a (ja) już się pakuje, z całym swoim życiowym, monachijsko-teneryfskim dorobkiem wracam do zabdździałego Lublina (kocham cię moje miasto, muah muah, nie gniewaj się!). No kurczaczek, coś tu jest niehalo.
Ja wiem, moja wina, moja bardzo wielka wina i mea culpa. Trochę mnie ponioslo 24miesiące temu i przesadziłam z robieniem szopki. Trochę za głośno płakałam i popisywałam się depresją na różnych portalach, czy komunikatorach. Ale, prowiedzmy to sobie szczerze - to wszystko było jednak mocno przekoloryzowane.
PIERWSZA CULPA
Tak, przyznaję się - depresja była. O depresjach wiadomo, że czasem pojawiają się z wielu dupnych drobnostek, które nawarstwiają się w człowieku. Do tego jeszcze przestawienie zegarków na czas zimowy i nieszczęście gotowe. A jeśli się jest, jakim się jest, to czerpie się z tego łzawego stanu pewną, chorą radość. I się w nim trwa, i się z nim obnosi. No to się obniosłam. I proszę, i mam. Ale zaprzeczam, jakoby jedynym motorem napędowym był jeden człowieczek. Bo nie był! Nie dopisujmy sobie zasług, proszęjawas.
DRUGA CULPA
Tak, przyznaję się (nie ma sensu się nie przyznawać, bo raczej nie da się tej culpy przeoczyć :D) - przeprowadziłam się z zapyziałego Lbn do mniej zapyziałego Mon. Planowałam to przez pół życia z natężeniem pomaturalnym, ale dałam szansę UMCSowi. UMCS dał plamę, toteż spakowałam manatki, się wzięłam, wyniosłam (nie żałuję, btw.) Wiadomo, culpa numer jeden miała tu swój niemały udział, ale Monachium było w moich planów jeszcze zanim jakakolwiek depresja zaczęła się budować. Monachium tkwiło w zakamarkach mojego serca nawet w najszczęśliwszych chwilach mojego życia. Co też prowadzi nas do ..
TRZECIA CULPA
Tak, przyznaję się, byłam sweetaśnie zakochana, nie wyszło i odchorowywałam to przez kilka miesięcy. Największa tego culpa to nie to, że nie wyszło, tylko to, jaką robiłam z tego (nie bójmy się tego słowa) szopkę. Ale nie bez winy są tu głupie seriale (przepraszam tu z całego serca moje kochane OTH, Dawsona, jego creek i wszystkie inne Seattle Grace!). Zresztą, jak już wspomniałam w Pierwszej Culpie, jako rozhormonowana 19latka lubiłam obnosić się ze swoim nieszczęściem WSZĘDZIE. I pisać (śliczne, wiem) pamiętnikowe zwierzenia na myspace (wtedy jeszcze nie own). Ale joder, nawet najcięższe EMO po dwóch latach potrafią dojść do siebie i po prostu move on. I tak też zrobiłam ja.

Także masz. Trzy culpy, każda moja. Po chyba półtora roku zwracam się gdzieś bezpośrednio do Ciebie. Nie jesteś już częścią mojego życia, tylko wspomnieniem. I nie, nie wróciłabym do Ciebie nawet, gdybyś (jak twierdzisz) napisał mi tuzin smsów. Proszę Cię, zrób nam wszystkim, Twoim przyjaciołom przysługę i wydoroślej.

To mówiłam ja.

// PS. Przepraszam za tę prywatę, ale gdzieś trzeba. Jeśli chodzi o MNIE, to we wtorek rano wracam do Mon. i czekam już na te wszystkie dobrodziejstwa, które tam na mnie czekają (mama, duże łóżko, Artur, Liz <3 i nasze Thanksgiving, Irish Pub i Conor_z_biustem, Kate White.. a niedługo Londyn i koncert Allie Moss. I Weihnachtsfest z grzanym winem na środku Marienplatzu). Joder, life is good.

{1}

13 listopada 2010



Oj, duzo sie dzieje. A mi sie nawet nie chce tego opisywac.*
Pocznijmy od poczatkow.

(* raz zaczelam, ale przyszedl Art, zwalil mi sie na fotel i zamknal okienko)

So. Wrocilam do Monachium, to po pierwsze. Mimo bomb (telefon od Paulla zaraz kolo 11 "Ej, Kaj, zyjesz? Bo w Esce mowili ze na Okeciu znalezli bomby!" - bezcenny), spoznienia na Contbusa, mimo zgubienia sie w Warszawce (" - Przepraszam, ale gdzie sa Jerozolimskie? - OJEEEZU!"), mimo wszelkich innych niepowodzen juz po wyladowaniu (pod samolot podstawili 2 autobusy - jednen na hale i odbior bagazu, drugi jadacy do drugiego samolotu - do BOSTONU (dla ludzi, ktorzy sie przesiadali). Zgadnijcie w ktory wsiadlam!). Alles bylo klar i dalam rade.

Zaczelam smieszna diete bialkowa, ktora nie wiem czy dziala, bo sie nie waze i nie zamierzam. Idzie mi dobrze, oprocz tego, ze wczoraj upilam sie winem u CM. Aczkolwiek, zeby nie bylo - postawili przede mna miche gofrow, sery plesniowe, etc etc etc. A ja nie tknelam niczego. Wiec nalezy mi sie co najmniej order usmiechu, o. Czy za odwage. Whatever.

Ok, trzecia i najwazniejsza informacja:
LECE DO LONDYNU. Za 10 dni. Na koncer Allie Moss. Z Helena z internetu, ktora wyglada jak chlopak ale zarzeka sie, ze jest hetero (whatever). Bedziemy spac u Piotrka i Slawka, ktorych poznalam DWA LATA TEMU na Fuerte z mama. Tydzien siedzenia z drinkami All Inclusive. Nie wiedzialam ze po takim czasie chcieliby pomoc (chociaz wiadomo, na odchodne sie mowi - "nono, to jak bedziecie w Londynie, to dajcie znac! - nono, a my zapraszamy na Oktoberfest!" pierdu pierdu. A tu jednak. Zobaczyli moj rozpaczliwy opis na facebooku i zaoferowali pomoc. Usmiech.
Kiedy juz zabukowalysmy bilety, jak na zlosc, dzien pozniej Alle Moss zmienila cos w datach koncertow. Oficjalnie jeden jest we wtorek, a drugi w czwartek. A my przylatujemy we wtorek, wylatujemy w czwartek. Chcialam zabic siebie, albo Helene. Jechac do Londynu (z ryanair'em, ale wcale nie tak tanio :/) po to, zeby zobaczyc LONDYN, nie Allie? Jodeer. Wiec napisalysmy do Allie mejla. Czy nie ma nic w srode. A Allie co? ALLIE MOSS ODPISALA.

Ze:

there is a private show on Wednesday (I will probably do only 4-5 songs), but if you'd like to come, just give me the names of the people you are traveling with & I will get you on the guest list.

ROZUMIECIE TO? Allie Moss wpisze nas na LISTE GOSCI. I pojdziemy na jej ZAMKNIETY, PRYWATNY KONCERT. Do jakiegos klubu, w ktorym trzeba miec czlonkostwo, placic skladki etc. Burzuazja. Powiedzialam Helenie, ze musimy wziac jakies ladne ubrania, moze poznamy tam bogate, brytyjskie mmz-ty w smokingach.

Spytalam wiec Allie, grzecznosciowo, czy chce cos z Niemiec ;) A ona? You know, could you buy me 2 packs of Vivil mints (mit Zucker)?? My mom's favorite. :)
And I think the package would be too big & expensive but if you saw a travel size bottle, I love the Badedas Bath Gelee, reminds me of childhood. I would pay you back.
.

FUCK FUCK FUCK. Zdycham. Allie Moss (tak, wiem, naduzywam jej imienia i nazwiska, ale za bardzo mnie to jara!) chce, zebym cos jej kupila. I CHCE MI ODDAC PIENIADZE, haha.

Nie wierze, ze to sie dzieje. Jestem strasznie szczesliwa.
Dla wszystkich, ktorzy zastanawiaja sie KIM JEST ALLIE MOSS - proszeu bardzo, jej myspace page

:)))

{6}

14 listopada 2010

Notka w stylu Uli Celebrytki.

Dwadziescia stopni celcjusza. Tyle bylo dzis w Monachium. Wybralam sie (dosc pozno) na kawe z CM. O dziwo poszlo nam o wiele latwiej i szybciej znalezienie miejsca. Nie dawniej niz rok temu lazilysmy po Monachium jak glupie, szukajac milej, przyjemnej, zacisznej kawarenki z goraca czekolada a nie kakao. Dzis znalazlysmy ich multum. Plus, jak przystalo na niedzielne popoludnie - wszystkie przeludnione. Az w koncu trafilysmy do jednej, ktora owszem, byla pelna.. ale okazalo sie, iz tam gdzie wzrok potencjalnego customera nie siegal (przy pierwszym rzucie), znajdowaly sie dwa fotele i mieciusna sofa. Miodzio lodzio, panowie.

Tuz przed 18 do CM zadzwonila kolezanka, wiec musialysmy sie zbierac. Bylo zbyt cieplo i zbyt ladnie, zeby jechac do domu. Poszlam na megadlugi spacer po Munichu. Po raz pierwszy od dluzszego czasu chodzilam tymi uliczkami.. i wydaje mi sie, ze albo sie zmienily, albo ja sie od nich odzwyczailam. Jakos tak sie rozroslo, albo przepuscilo.. Czulam sie troche jakbym chodzila po pustym NY (ktory nigdy pusty, jak sadze, nie bywa). A turlajac sie po dlugim deptaku z Marienplatz na Stachus, wyjelam z uszu sluchawki i chlonelam miasto. Akordeon, skrzypce, muzyka z kawiarenek i pubow. Bardzo malo niemieckich glosow wokol. Mnostwo angielskich, amerykanskich, hiszpanskich, grupa turystow z Wloch.. kilka razy rosyjski. Zaskakujaco - zero polskiego.

Oj. Lubie Cie, miasto. Czasami Cie lubie.










Uwielbiam sklepy, knajpy, wystawy na rogu. Kojarzy mi sie to wlasnie ze Stanami. Nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem. Plus wszystkie shopy z oswietleniem <3 Na tamtej ulicy bylo ich sporo, ale sfotografilam tylko jeden ;)





Znalazlymsy tez sklep z vinylami, CD, DVD (6 sezonow Friends za 20euro!). Szkoda ze niedziela i byl zamkniety. Zawsze chcialam, tak jak Peyton wejsc sobie do takiego sklepu i zeby sprzedawca znal juz moj gust muzyczny i humor.. i polecal mi odpowiednie plyty.



Fajne, ale full. Znalazlysmy cos innego :



Przy wejsciu znajdowala sie lada z ciastkami i marmoladami na sprzedaz oraz normalne stoliki. Sciana byla jedna wielka tablica z menu. Po raz pierwszy w zyciu spytalam "Przepraszam, ale czy moglabym zrobic zdjecie?" i poczulam sie bezkitu jak Ula Celebrytka. Oh, well :D





Znalazlysmy supersecret spot za akwarium. Bylo przez nie widac ludzi siedzacych przy stoliku za. Gnietli sobie dupki na drewnianych krzeslach podczas kiedy my rowalilysmy sie na kanapie :D



Wyczytalam, ze na diecie moge pic wode, herbate i mleko. Wszystko to bylo skladnikiem Green Tea Latte, ktora (idac w slad Uli, ktora nie boi sie nowych smakow) zamowilam. Niestety mocno sie zawiodlam, bo smakowalo jak syrop na kaszel. A ta herba byla chyba z proszku. Strasznie slodkie. Uh. Brawo dla Uli, co wszystko zje i wszystkiego sprobuje. Ja chyba jednak zostane przy zwyklej Macchiato. Na przyszlosc.

{3}

19 listopada 2010

Znalazlam mojego grajka! Internet jest magiczny. Wrzuce jego videua, moze poczujecie to, co ja. Tylko zaznaczam, latwiej slucha sie go po pijaku.

// 2h pozniej..

(Cola light feat. vodka (moze organizm nie zauwazy) na Dukanie. Plus pocalunek bruderszawtowski 50latka. Joder. )

München slynie z ulicznych grajkow. Moj jeden jest owszem, znany (dowiedzialam sie wlasnie z youtube).. ale bardziej znana jest grupa Konenexion Balkon. Wystepuja w wielu miejscach ORAZ na Marienplatzu.







Pierwszy raz widzialam ich w.. 2006? 2007? Chyba 07. Pamietam, ze wracalam z mama i Gumbasem z wycieczki, oni poszli wpychac w siebie McDonalds, a ja na spacer. I znalazlam ich. I, od pierwszego wejrzenia, zakochalam sie w skrzypku. Milosc trwa. Polecam wszystkie 3 video, przynajmniej do polowy. Prosze!!!

Na deser MOJ grajek. Jest z niego swietny entertainer. Ale jeszcze lepszy muzyk. Niestety, kiedy stoi przed nim 30 osob, bardziej zajmuje sie bawieniem ich, niz graniem. Ja uwielbiam te momenty, kiedy wracam pijana z Irish Pubu, a on stoi SAM. I albo juz konczy, albo gra sam do siebie. Wtedy podchodze, pijacko zagaduje, on (po raz setny) pyta skad jestem i jak mam na imie. Ja (po raz setny) mowie, ze PL i, ze przeciez juz sie znamy. Potem prosze Go, zeby cos jeszcze dla mnie zagral, najlepiej The Beatles... a pozniej jakos idzie.

(Bardzo mi sie NIE podobaja te wersje, ktore znalazlam w internecie. Brzmi jak stary pijak, a jest naprawde utalentowany. Ja i moj Grajek forever <3!)





Nie wyobrazam sobie Munichu bez nich. Idac (czasem sie zdarza) bez sluchawek w uszach, co kilka krokow slychac dzwiek gitary, skrzypiec, czy nawet fortepianu (tak, jest taki szaleniec ktory raz na kilka tygodni siada na srodku deptaka (deptaku?) i gra na klawiszach!). Kochani.

Chyba zaloze ich fanclub. Albo strone. Munich Street Musicians <3

Dobranoc!

{0}

22 listopada 2010




It's London Baby!

Odezwe sieu we czwartek. Z milionem zdjec i opowiesci o mnie, Helenie i Allie Moss. Yaay!

{0}

28 listopada 2010

Snilo mi sie, ze czekalam na autobus (co tez moglo mi sie przysnic, po wczorajszym wieczorze [chyba naprawde musze zrobic to prawo jazdy i wypiac sie na komunikacje miejska]), a obok stal chlopak. Wygladal jak polaczenie Kutnika z Davidem. Patrzyl na mnie naprawde intensywnie, ale - o dziwo - nie balam sie go. Kiedy autobus podjechal, dziwny chlopak wsiadl ze mna. Patrzyl na mnie cala droge i nachylal sie, jakby chcac sprawdzic kolor moich oczu.
Nagle zrozumialam ze to chyba Kokosy, kolejny chlopak z mypolacy.de, ktory pisze mi ze jestem sliczna i chce sie spotkac na kawe (tjaa). No tylko ze wygladal jak Kutnik. I David.
Nagle bylismy w samochodzie i jechalismy na cmentarz, bo chcial mi pokazac SWOJ (WTF?!) grob. Gdzie lezy. Wysiedlismy z samochodu i szlismy do Melgwii. Tlumaczylam mu, ze jeszcze chyba z 2km, robi sie ciemno, darujmy sobie. Mijalismy strasznie duzo starszych osob, ktore kiwaly do/na nas i sie usmiechaly. Nagle zrobilo sie calkiem ciemno, a my wyladowalismy u niego w domku. Siedzielismy na drewnianych schodach i slizgalismy sie w dol, obijajac dupki. Skonczylismy na podlodze, strasznie mocno sie przytulajac. Myslalam "Kurcze, przeciez dopiero go poznalam, w tym autobusie!", ale jednak it felt so right just to cuddle with him.

To chyba wlasnie moj zyciowy blad, ktory - niestety - jest juz na stale zaprogramowany w moim mozgu. Czekanie na xyz, ktory pojawi sie nagle w moim zyciu i od pierwszej sekundy stwierdze ze to mmz i wszystko bedzie smacznie, mlecznie, bajecznie.
NO KAJA. JUST NO.

// napisalabym notke o 42 godzinach w Londynie, ale jest tego duzo i wszystko bardzo wazne. Zbyt wazne, zeby ktos tego NIE przeczytal. A wiem, ze byscie nie przeczytali, so..


{4}


wiecej








Tweets by @kadinaja