12 czerwca 2017

Dlugo zajelo mi pozbieranie sie po K. Dobrych kilka lat. Czasem wydaje mi sie, ze do dzis jeszcze nie do konca sie po nim pozbieralam. Niektorych piosenek nie moge sluchac nawet teraz, bo razem z nimi wraca caly bol i cale moje posklejane serce drzy, jakby mialo rozpasc sie na kawalki od nowa. 

Po K. pojawil sie Art. Bardzo dlugo i ostroznie sie przed nim otwieralam, do dzis pamietam dzien, w ktorym w moim malym niebieskim pokoju rozkleilam sie i zasmarkalam, ze strachu ze co jesli powiem tak, a i tak sie nie uda. Obawa przed tym, ze znowu ktos mnie zrani byla wieksza niz ja. Ale on byl, sluchal, kochal.. i ta miloscia wygral moje zaufanie i wiare w nas. 
Tak samo jak powoli sie w nim zakochiwalam, tak samo powoli sie odkochiwalam. Krok po kroku, milosc mijala, pojawil sie zawod i zal. Kiedy sie rozstalismy, po uczuciu nie zostalo juz nic. (tak mi sie przynamniej wtedy wydawalo).

Pozniej, na kilka lat nastapila cisza. 
Az w koncu zjawil sie M. 
Z M. bylo inaczej, pojawil sie znikad, wszedl do mojego zycia bardzo gwaltownie i nie dajac mi czasu na zastanowienie sie, przetrawienie tej znajomosci na zimno, porwal mnie. Zakochalam sie jak smarkula, jak jeszcze nigdy w zyciu, jak w filmach, bajkach i tanich romansach. Nie mialam czasu zastanowic sie, co bedzie jesli nie wyjdzie. Oddalam mu cala siebie, nie zostawiajac nic dla nikogo innego. Dla rodziny, dla znajomych, dla "a co jesli". Zadnego "jesli", zakochalam sie i nie bylo zadnych innych opcji, niz nie byc razem. 

M. byl najtoksyczniejszym z moich drugich polowek. Zabral ze soba moja godnosc, moje ja, moje wlasne zdanie. Wszystko to zabieral nie krok po kroku, a garsciami. Po dwoch miesiacach zamieszkalismy razem. Po pieciu kupilismy wspolny samochod. Po czterech znalam juz cala jego rodzine, a on poznal moja. 
Po siedmiu powiedzial mi, ze nie wie czy to jest to, czego on teraz potrzebuje. 
Po osmiu wyznal, ze potrzebuje czasu, zeby zastanowic sie nad tym, czy mnie kocha. 

Burke was... he took something from me. He took little pieces of me - little pieces over time, so small I didn't even notice, you know He wanted me to be something I wasn't, and I made myself into what he wanted. One day I was me, Cristina Yang, and then suddenly I was lying for him, and jeopardizing my career, and agreeing to be married and wearing a ring, and being a bride. Until I was standing there in a wedding dress with no eyebrows, and I wasn't Cristina Yang anymore. And even then, I would've married him. I would have. I lost myself for a long time, and now that I'm finally me again, I can't. I love you. I love you more than I loved Burke. I love you. And that scares the crap out of me, because when you asked me to ignore Teddy's page, you took a piece of me, and I let you. And that will never happen again.

A co na to ja? 
Wyznuta z szacunku i milosci do samej siebie, powiedzialam, ze rozumiem. Ze poczekam. Ze bede siedziala w domu, pod nasza wpolna, wypierdziana od grudnia koldra i czekala na jego decyzje. 

Decyzja wciaz jeszcze nie nadeszla. On zdazyl kupic bilet w jedna strone, spakowac cala walizke, pozniej dokupic bilet powrotny i rozpakowac na nowo w mojej-naszej szafie. 

Trzese sie ze strachu, bo moja milosc nie wystarczy. Boje sie przestac go kochac. Boje sie, ze kiedy odejdzie, ja juz calkowicie, raz na zawsze, znikne. 

{1}


wiecej
starsze wpisy







Tweets by @kadinaja