07 czerwca 2018

Budze sie rano i pierwsze co widze, to palmy. Wychodze na balkon i za chlorowata, zimna niebieskoscia pustego basenu, usmiecha sie do mnie ocean. Ptaki spiewaja troche za glosno. Kot w ogrodzie poluje na jaszczurki i radosnie przynosi mi je do domu (fujcia miliard). 
Pije kawe, jesli mam na 10 to szybko wrzuce w siebie jeszcze miske przeslodkiego musli. Wsiadam na skuter i jade. Za trzecim zakretem, wyjezdzajac z Armeñime, rosna góry. Zawsze z rana jeszcze troche zachmurzone; slonce przedziera sie przez nizsze pagórki i bawi sie z nimi swoim swiatlem. 
W pracy wszyscy sa dla mnie mili, nikt krzywo na mnie nie patrzy (poza klientami, rzecz jasna. Im zawsze cos nie pasuje). 
Wychodze o 18, zawsze znajdzie sie ktos kto zaproponuje mojito w barze na plazy. Razem ogladamy zachód slonca i walczymy o darmowe fistaszki. Gdzies tam w tle zespol gra cover "don't speak" na elektrycznych gitarach i ukulele. 

Tocze sie na pomaranczowej strzale z najwyzego wzgórza, zaraz za rondem przy Lidlu. Ktos znowu na mnie zatrabil, bo jade o kilkanascie kilometrow za wolno. A ja mam to w nosie, patrze na rozowe niebo, wielki blekit oceanu i latarnie morska na La Gomerze, ktora widac przeciez golym okiem. 

Mieszkam w raju. 
Czasem tylko niechcacy udaje mi sie o tym zapomniec. 


{0}


wiecej
starsze wpisy